|
k
Book k
Char' k
Fav k
Szejdi's part k
By
Edit. "Ach, obiecaj mi tylko, że już nie znikniesz. Nigdy..." >> niedziela, 13 lipica 2008 21:13:08 Edit był, i na dooole jest dopisane coś do fyfy. x.x" ---- Dwie siostry. Wyrównane oddechy. Obie w krainie snów, a jednak osobno. Adelaide w pokoju z czarnymi meblami, Azmaria w pomieszczeniu w odcieniach fioletu, czerni i bieli. Obie obserwowane. Jedna przez swojego odwiecznego stróża, takiego na całe życie, druga przez demona, który powinien pilnować starszej z nich. Ookamu ze znudzeniem przyglądał się różnookiej; jej klatce unoszącej się przy wdechu i opadającej przy wydechu. Pein spoglądał na Adelaide nerwowo, przez uchylone drzwi od sypialni, co jakiś czas, jakby w obawie, że zniknie. Znowu. W międzyczasie przekładał różne papiery, podpisywał je, słowem jednym - pracował. Moreau spała niespokojnie, co chwile zmieniając pozycje. W dzisiejszym śnie prześladowała ją wizja śmierci siostry; Saito sen miała spokojny. Ciemność, czerń. Błoga cisza, zero trosk. Zupełnie jakby nie egzystowała, a jednak myślała. Wyraźnie śłyszała swoje myśli, które oddalały się mozolnie, by wreszcie zniknąć zupełnie. 10: 00. Adelaide zerwała się szybko, zlana potem. Skuliła się, chowając twarz w dłoniach. Nagle ktoś pogłaskał ją po długich lokach w jej ulubionym kolorze. Podniosła wzrok na Lidera, który wpatrywał się w jej tęczówki, z niewielką troską. "Nie powinnam mu wybaczać!" - Pomyślała, ale równie szybko jak ta myśl się pojawiła, tak szybko zniknęła. "Gdyby nie on, nadal by nie żyła..." Dziewczyna wtuliła się w rudowłosego, trzęsąc jeszcze lekko. - Spokojnie, spokojnie... - mruknął Pein, obejmując ją ramieniem, głaszcząc nadal po jedwabnych w dotyku włosach. Ookamu zostawił Azmarię, mając na celu obserwację Adelaide, by zadbać tym samym o jej bezpieczeństwo, tak jak polecił Władca Piekieł, Lucyfer. A, że Pein jego obecności sobie nie życzył, postanowił zrobić to z ukrycia, jeszcze zanim się ujawnił. Frigid wyczołgał się powolutku spod łóżka i przyjrzał swojej pani w zmartwieniu. Tak strasznie chciał ją pocieszyć... ale było za późno, Pein się tym zajął; oczywiście ku uciesze jednorożca. *** - Te, Azmaria, wstawaj! - Mruknął Kisame, krzywiąc się lekko. Białowłosa zareagowała po swojemu - nakryła głowę poduszką i wróciła do spania. Itachi przyglądał się jej z dość dużej odległości; stał oparty o framugę drzwi. Rekinowaty zaklął pod nosem; nagle chwycił za prześcieradło i pociągnął je do góry, zrzucając Az z łóżka. - Ała! - Mruknęła, budząc się natychmiast. Kisame wyszczerzył się do siebie w samozadowoleniu. - Kur... nie można łagodniej? - Syknęła dziewczyna wstając i odwracając się w stronę mężczyzn. Zamilkła, speszona obecnością czarnowłosego. Speszyła się jeszcze bardziej, gdy uświadomiła sobie, że gapi się w niego, od dobrej minuty, z rozdziabionymi ustami. - Szykuj się - rzucił Uchiha. Saito zdziwiła się, gdy usłyszała jego głos. Był taki lodowaty, bezwyrazowy; aż ją ciarki po pleacha przeszły. - H- hai... - zająkała się i chwyciła za czarną spódniczkę i bluzkę tego samego koloru. Nasztkowała też inne potrzebne rzeczy i zniknęła za drzwiami łazienki. - Przy tobie to ona będzie chodzić jak w zegarku - zauważył, trochę złośliwie zresztą, niebieskowłosy. *** Adelaide uskoczyła przed ostatnim, jak się miało zaraz okazać, atakiem ze strony Peina. - Dobra, to koniec na dziś - mruknął, ocierając krew z policzka, która ciekła z trzech, czy też czterech, niepozornych ranek. Zanim czarnowłosa zdążyła się odezwać, chwycił ją za podbródek i przyciągnął do siebie nagle, całując namiętnie w ciepłe usta. Szybko jednak zgasił jej entuzjam, odsuwając się od niej. Już chciała zaprotestować, ale w końcu powstrzymała ten odruch; choć gdybym powiedziała, że z łatwością, skłamałabym. - Jesteś wolna - mruknął i zniknął, zostawiając za sobą niemiły, siarczysty zapach; i tym samym nie pozowlił Adelaide na odezwanie się, już po raz drugi. - Ych, ten Pein... - mruknęła do siebie cichutko, i pokiwała lekko głową, jakby z dezaprobatą, a jej czarne loki 'posłusznie' podążały to w lewo, to w prawo. *** Coś szczeknęło radośnie i skoczyło na lekko zdezorientowaną Adelaide, prawie przewracając ją na zimną posadzkę. Czarne, puste oczodoły. Psia czaszka i rany pozszywane grubymi nićmi; jedna rozerwana, w kształcie krzyża na łopatce, wiecznie krwawiąca i nieprzyjemny swąd zgnilizny. Tak, to na pewno Gaikotsu! Czarnowłosa momentalnie przypomniała sobie imię tego osobliwego stworzonka, którego zresztą nie widziała od dłuższego czasu. - A jak ty się tutaj znalazłeś, co? - Moreau pogłaskała go po czaszce, w tym przypadku - dosłownie. Pytanie to było raczej retoryczne, nie oczekiwała przecież odpowiedzi od stworzenia, które mówić nie potrafiło; chyba, że w swoim psim języku. Jednakże, ku jej zdziwieniu, odpowiedź otrzymała. - Zabrałem go, jak byłem w domu Azmarii, przyczepił się do mnie. Moreau odwróciła się w stronę mówiącego, którym okazał się niebieskowłosy Ookamu. Stróż Adelaide, który bywa przy niej o wiele mniej, niż powinien, jak wynikało z rozkazu wydanego mu przez Władcę Piekieł - Lucyfera. - Och, Ookamu! - Wyrwało jej się. - Od kiedy tu jesteś? - Zapytała bladoskóra, przekrzywiając lekko głowę. - Od samego początku - mruknął, garbiąc się lekko. - Lucyfera by skręcało, na takie widoki - dodał z niemiłym uśmieszkiem. - Słucham? - Aide podniosła jedną brew, ze zdziwieniem. - Nie udawaj już, że nie wiesz. - Mruknął fioletowooki, przewracając tęczówkami. - Nie udaję. - No, to trudno, sama wywnioskuj o co mi chodzi - rzucił demon, opierając się o najbliższą ścianę. Gaikotsu szczeknął, by zwrócić na siebie uwagę, tym samym wyrywając starszą z sióstr z lekkich zamyśleń. Podrapała go za uchem, przytulając lekko. - A wróci jeszcze kiedyś? - Rzuciła nagle czarnowłosa. Jakoś tak dziwnie, bezwyrazowo. - Nie wiem - Ookamu wzruszył ramionami. - Znając go, pewnie tak... *** Zmasakrowane ciało dziewczyny, jeśli w ogóle można określić to mianem płci żeńskiej, czy nawet istoty ludzkiej, leżało w kałóży krwi; jej własnej, i szkarłatnej mazi zabójcy, który stał nieopodal. A mianowicie była to kobieta, o włosach czarnych, ułożonych w ładne, dobrze skręcone loki, któych moża jedynie pozazdrościć tejże piękności. Adelaide Moreau, jedna z największych zabójów w Akumu, a nawet i Japonii. Kolejna misja wykonana. Z nieba zaczęły spadać zimnawe krople deszczu, a zaraz po nich dało się usłyszeć grzmot. Kolejna błyskawica przeszyła niebo, wturując policyjnym syrenom, które zbliżały się powoli, pewnie za sprawą korków, nie było bowiem późno, wręcz przeciwnie. Słone krople zmywały krew z bladej skóry morderczyni, zupełnie jakby w ten sposób mogły pomóc w pozbyciu się jej winy, co było niestety niemożliwe. Dziewczyna odwróciła się na pięcie, kierując w stronę lasu, nucąc sobie jedną z ulubionych melodii. Lilium. Po kilku krokach zniknęła, za czarną płachtą, stworzoną z jej Cienistych sług. *** Azmaria oddychała ciężko, krztusząc się własną krwią. Po chwili upadła na kolana, podpierając się rękoma o mokrą ziemię. - Cholera, Itachi, i co teraz? - Żachnął się nagle Kisame. - Jeśli ona nam tu teraz padnie, to już po nas! - Mruknął z niezadowoleniem; na myśli miał oczywiście gniew Pein'a i po części Adelaide. Kolejne, cenne zresztą, krople krwi białowłosej spadły na ziemię, mieszając się z wodą w niewielkich kałużach. Saito strasznie chciała opanować konwulsje, jednak nie zdołała; krew pomieszała się z jej dzisiejszym śniadaniem. Czarnowłosy schylił się i po chwili trzymał ją już na rękach - Nie umieraj nam tylko, dobra? - Mruknął, słyszalnie tylko dla niej; nie miał ochoty na cięte dowcipy Kisame. Pokiwała głową, na znak potwierdzenia; jeszcze kontaktowała. I zniknęli, zostawiając za sobą smugę siarkowego dymu. *** - Kur... - Adelaide powstrzymała się od przeklinania. - Nawet Azmarią się zająć nie możecie? - Prychnęła, marszcząc brwi ze złością. - Ale to nie nasza wina - mruknął ponuro Kisame. - Ona tak sama z siebie zaczęła wymiotować krwią... - Dodał, trochę ciszej. - On ma rację... - białowłosa potwierdziła cichutko, podnosząc powieki. Podniosła się, podpierając na łokciu. - Nie wiem, co mi jest, ale... ale to nie ich wina. - Mruknęła, jakby smutno. - Tylko mi nie mów, że siebie obwiniasz! - Adelaide znów się trochę uniosła. Westchnęła jednak i usiadła obok swej siostry, głaszcząc ją leciutko. - Och Szajni, Szajni... Białowłosa schowała twarz w jej płaszczu. - Przepraszam, same kłopoty ze mną... ---- dwa tygodnie później (o Akatsuki jeszcze pewnei coś dodam, przy późniejszym editnięciu, tak, na pewno!) ---- - Ko-ru! - Krzyknęła czerwonooka, podnosząc rękę do góry. Po chwili, na jej dłoni, pojawiło się czarne zwierze, coś w rodzaju ptaka. Błysk, jeden jedyny, i członkini Akatsuki zgięła się wpół, czując rwący ból w okolicach brzucha. Azmaria weszła powoli do domu, ospale ściągnęła buty i skierowała się w stronę swojego pokoju, rozglądając się bez większego zainteresowania. Z kącika jej ust wypłynęła stróżka krwi. Adelaide uskoczyła przed kolejnym atakiem niebieskowłosej, ścierając stróżkę krwi z bladej - niczym Księżyc, który pojawił się akurat na niebie - brody. Białowłosa wpadła do pokoju, przytrzymując się framugi, w jej dwukolorowych oczach błyszczały słone krople. Czarnowłosa nerwowo zaciskała palce na pniu drzewa, a po jej policzkach ciekły pojedyncze kropelki; szkarłatne, lepkie, zupełnie niczym łzy. Saito zadrżała i skuliła się, wypluwając sporą ilość krwi. Moreau zakryła usta dłonią; spomiędzy palców wypłynęły szkarłatne strugi. Drugą ręką ściskała ranę na brzuchu. Ofiara padła martwa, zaatakowana przez Cienie. - Kso... - jęknęła starsza z sióstr i opadła bezwładnie na ziemię; zemdlała. Az niemrawo skierowała się do łóżka. Padła na nie, wtulając się w poduszkę; zasnęła. *** Blondyn wszedł do pokoju swojej dziewczyny; zostawiła otwarte drzwi, na oścież, to było do niej wprawdzie niepodobne... Uśmiechnął się, widząc ją śpiącą. Jego złote tęczówki zalśniły, drżąc lekko. A jednak znalazło się coś, co spędziło mu uśmiech z twarzy, a mianowicie krew... była na podłodze, łóżku, nawet framudze drzwi i oczywiście na ubraniu Azmarii i jej podbródku. - Boże... - szepnął cichutko; już chciał do niej podejść, ale w tej samej chwili podniosła się, a raczej podparła na łokciu. Przetarła oczy ręką i zerknęła niemrawo na złotookiego. - Edowado! - Pisnęła radośnie, podnosząc się energicznie. Podbiegła do niego i przytuliła się; oboje zaliczyli glebę z impetem. Ed wyszczerzył się, przytulając ją do siebie - na bolące plecy uwagi najmniejszej nie zwrócił. Zarumienił się leciutko, aż w końcu pocałował ją. Pierwsze co poczuł to ten metaliczny posmak krwi... Kropelki łez skapnęły mu na twarz; od razu zapomniał o szkarłatnej mazi. Białowłosa drgała leciutko, szlochając. Edo położył dłoń na jej zaróżowionym policzku. - Co się stało? - Zapytał z troską. - To wszystko przeze mnie! Tak strasznie wychudłeś, tak... cierpiałeś... i... - dziewczyna zająknęła się, gubiąc już wśród tych wszystkich łez, tych wszystkich myśli. *** - Niech to wszystko szlag! - Rzuciłem z podenerwowaniem, niby to do siebie, ale jednak... od tak, po prostu, w powietrze. Spojrzałem ponuro na nieprzytomną Adelaide, która leżała już w swoim łóżku, najprawdopodobniej regenerując siły po walce. I po co ja posłuchałem tego cholernego Peina...? Cóż, wyjścia raczej nie miałem, prawda? Weź się spróbuj sprzeciwić komuś, kto wygnał Lucyfera z powrotem do Piekła. Impossibble! Hm, a ten jej przeciwnik też musiał być silny... przecież z tego co wiem, to ona prawie pokonała Peina! W sumie, to prawie, więc... Aj, sam już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Coraz częściej zastanawiam się, co ja tu robię? Oprócz pilnowania Aide i spraw oczywistych. Czy Lucek sam sobie rady nie da? Tchórz pierdolony. Bosz, jak dobrze, że on w cudzych myślach czytać nie potrafi. Raczej... jeśli jednak umie, już jestem trupem. A ta znów się wierci, jakby miała jakiś koszmar ... jeszcze sobie tą ranę podrażni. Ale nie, to nie to, że ja się martwię, czy cośśś, ja nie taki... *** Kisame przyglądał się Itachiemu z wrednym uśmieszkiem. Stukał palcami o blat kuchennego stołu, gdyż akurat w tym pomieszczeniu siedzieli. - To kiedy idziemy? - Zapytał rekinowaty podstępnie. Czerwonooki posłał mu chłodne spojrzenie. - Gdzie? - Mruknął, pytająco. - A jak myślisz? Czekam tylko aż zatęsknisz. - Kisame zaśmiał się gorzko. Itachi nie odpowiedział; powinien posłać niebieskowłosemu spojrzenie typu "gdybym mógł, już bym Cię zabił", ale nie zrobił tego... z zamyśleniem spojrzał w stronę okna, za którym rozciągał się wspaniały widok na niebieskawe niebo, pokryte białymi smugami. *** - Trochę się zawiodłem, nei ukrywam - mruknął Lider, przyglądając się czarnowłosej dziewczynie. - Ale nieważne, jak tylko wydobrzejesz, trenujemy dalej. Czyżby to była kara? Powolne gojenie się ran i zakaz trenowania z nim, do tego czasu? Bo przecież, mógł je 'uleczyć' tak po swojemu. - Ona zaatakowała mnie z zaskoczenia! - Rzuciła czarnowłosa, na swoje usprawiedliwienie. Pein przewrócił tylko oczami. - Okej, niech Ci będzie - westchnął, opierając się o framugę drzwi. - Tylko się nie obrażaj, okej? - I znów coś, co zabrzmiało jak polecenie. Czerwonooka zerknęła na niego ze zdziwieniem. - E, okej? - Przekrzywiła lekko głowę. - No, i to rozumiem. Przynjamniej ten jeden raz jesteś posłuszna - Lider uśmiechnął się, ale tak po swojemu. Cwaniacko? - Jeden raz? Chyba kpisz! - Aide nadąsała się lekko, spoglądając na Peina spode łba. - No, dobra, któryś tam z kolei - odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju, bez żadnego pożegnania. To było zbędne. Bladoskóra i tak była usatysfakcjonowana, mimo iż poczucie ponoszenia kary nadal miała... komentarze [0] Kap, kap, kap. Czemu szczęście nie może trwać wiecznie? >> poniedziałek, 30 czerwca 2008 20:19:13 Głupie. Nie wyszło, no. ;3; I mało. Na pewno mniej, niż bym chciała... *** Adelaide kroczyła powoli, powstrzymując łzy ostatkiem sił. Znalazła się w starej części Akumu; zatrzymała się dokładnie przed domem, w którym niegdyś mieszkała, ze swoją siostrą. Z rodzicami. Wspomnienia. I tyle jej pozostało. Nikt na nią nie czekał. Nikt… Weszła do środka, drzwi były otwarte, ale w środku nikogo nie było. Wszystko wyglądało tak, jak kilka lat temu… Meble pokryte foliami, by uchronić je przed kurzem. I nawet zaschła krew widniała jeszcze na kuchennej glazurze i naściennych kafelkach. Już prawie czarna, niewyraźna… zupełnie niepodobna do tego, co płynie w ludzkich żyłach. A jednak. Adelaide pamiętała dokładnie każdy szczegół. Wypuściła z rąk torbę, do której zapakowała swoje ubrania, laptop, mp4, rzeczy raczej podręczne; wszystko zabrane z kryjówki Pein’a. Więcej nie zdążyła… Dała się opanować wszechogarniającemu uczuciu smutku i bólu. Drgała lekko, szlochając, a po jej policzkach ciekły dwie, przeźroczyste strugi. Oparła się o jedną ze ścian i osunęła powoli. Kap, kap, kap. Dlaczego? Kap, kap, kap. Za jakie grzechy…? Kap, kap, kap. Czemu szczęście nie może trwać wiecznie? Kap, kap, kap. Tak bardzo potrzebowała teraz jakiegoś wsparcia. Przyjaciela… - Someone, please, help me! – Jęknęła bezgłośnie, wypełniając otaczającą ją ciszę bólem. Była taka bezradna, zagubiona… Nagle ziemia zadrżała, a tuż przed Adelaide pojawiła się jakaś niewyraźna, cienista postać, która dopiero co nabierała ludzkich kształtów. Aide otarła twarz wierzchem dłoni, pozbywając się tym samym łez i resztek niegdyś mocnego makijażu. - Lucyfer? – Szepnęła z nadzieją, a na jej twarzy pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu, choć przypominało bardziej grymas bólu. Ale to nie był on, choć z rasy tej samej. Niebieskowłosy wyprostował się i przeciągnął, przyglądając dziewczynie. - Przykro mi, ale Lucyfer siedzi w Piekle – powiedział, odkasłując. – Cholerne ludzkie powietrze – mruknął ciszej, jakby do siebie. - Więc kim jesteś? – Adelaide spoważniała nagle, wstając energicznie. - Ookamu, zastępca Władcy Piekieł – ukłonił się lekko, z sarkastycznym uśmieszkiem na twarzy. – Mam Cię przypilnować. Różne głupstwa mogą Ci przyjść do głowy w takiej sytuacji. – Przewrócił oczami, rozbawiony miną dziewczyny. - I tak mnie nie powstrzymasz, przed tym co zaplanowałam – syknęła nieufnie. - Rób co tam chcesz, ja ma tylko nie dopuścić do Twojej śmierci – wzruszył ramionami. Adelaide wlepiła w niego swe zaszklone ślepka. Nie powiedziała jednak nic. Nie była w stanie, gdyż łzy ścisnęły jej gardło. Sama nie wiedziała nawet czemu… - Ej, tylko mi tu nie płacz! – Mruknął fioletowooki. Za późno… Kap, kap, kap. Okamu westchnął z rozdrażnieniem. Podszedł do czarnowłosej i pogładził ją po włosach. Nie protestowała, i tak nie miała siły… - Już dobrze, no. – Mruknął niepewnie, już mniej wrogo. – Zapewniam Cię, że wszystko będzie okej… Czuł się nieswojo, w obecności płaczącej Księżniczki Cieni. *** Rey podniósł bezwładne ciało białowłosej. Przeklinał na głos. Przeklął siebie, Pein’a. A nawet Az. - Cholera, musiałaś umierać? – Wyszeptał, ni to do niej, ni do siebie, przyglądając się jej przymkniętym powiekom; fioletowym z zimna wargą. Pogładził ją po białych niczym otaczający ich śnieg, włosach… Śnieg topniejący w zastraszającym tempie… A na jego policzkach, pierwszy raz w jego homunkulusowym życiu pojawiły się dwie samotne kropelki. Słone, przeźroczyste. I znów stracił swoją miłość… *** - Edziu! – Krzyknął Aru. – Chodź no tu – poprosił cichutko. Blondyn zjawił się natychmiast. - Hę, co się stało? – Przekrzywił lekko głowę, a luźno spięte włosy opadły na lewą stronę. - Nie widzisz…? – Al zerknął na brata, z mieszanymi uczuciami wypisanymi w oczach. – Figurka od Az… - podał wskazówkę, a złotooki jak na komendę zerknął w stronę półki. Otworzył szerzej złocące się oczy, a tęczówki zaczęły lekko drgać. Wilczek zaczął się topić, mieszając się ze strużką krwi. Edo oparł się o ścianę, niedowierzając. Nie, nie mógł się z tym pogodzić. - Kurwa mać! – Zaklął, chowając twarz w dłoniach. *** Ookamu uspokoił Adelaide, wykorzystując swoje zdolności, dzięki którym mógł manipulować uczuciami ludzi; niestety tylko ich, bo czasami i Lucyfera przydałoby się uspokoić… - Mam dla Ciebie prezent od Lucka. Nie wiem, czy ci się spodoba, jak dla mnie jest trochę za bardzo przesłodzony, ale mniejsza – demon mówił powoli, z aż nadto wyszczególnioną dykcją. Wystawił przed siebie bladą, nieco szarawą dłoń, a po chwili pojawiło się na niej małe stworzonko. Koń, z lwim ogonem i jednym, długim rogiem. Długa, aksamitna grzywa, koloru białego, białego niebieskim połyskiem opadała na prawą stronę. Jednorożec… a jednak miał w sobie coś mrocznego. Czerwone oczy i… ogólny wygląd. Słodkość i mrok. Dwa przeciwieństwa. Ale przecież przeciwieństwa się przyciągają, prawda? Adelaide wzięła jednorożca na ręce i przyjrzała mu się. Prychnął radośnie, miło. Z reguły nie lubiła zwierząt… ale to przypadło jej szczególnie do gustu. - O jej… erm…, ale słodki! – Powiedziała dość niepewnie. Jakoś nie mogła w pełni okazać radości, jaka zagościła w jej poranionym sercu. I w tym tkwił cały sęk. Jej serce było zbyt poranione, zbyt jeszcze cierpiała. - Ten jednorożec rozmiary zmieniać umie. A jak, no cóż… do tego musisz dojść sama. – Objaśnił, wskazując na stworzonko, które ułożyło się do snu na dłoni wyczerpanej Adelaide. - Ehę… - mruknęła potakująco. Ułożyła się wygodnei na kanapie, stworzonko kładąc tuż obok siebie. I zasnęła. Odpłynęła w świat, w którym mogła czuć się bezpiecznie. Bo sen to ukojenie, oderwanie od brutalnego świata… *** - Łeb mu ukręcę, jak spieprzy robotę – syknął Lucyfer, zaciskając lekko pięści. - To czemu sam nie pójdziesz jej popilnować? I tak Pein’a już przy niej nie ma – odparła Shita, siedząca przy swoim prowizorycznym biurku, przeglądając jakieś papiery swego pana, którym był Ookamu. - … - odpowiedziało jej tylko wymowne milczenie i ponure, nieco smutne spojrzenie demona. - Tak myślałam – mruknęła, przewracając oczami. Pomachała skrzydłami, nieopatrznie zrzucając akta z biurka. - Czekaj, pomogę Ci – mruknął płomiennowłosy i zebrał papiery podając je kobiecie, dla zabicia czasu, który ciągnął się mozolnie. Nieśmiertelność bywa upierdliwa… komentarze [0] " Ale ja sobie rady z tym nie daję… " >> sobota, 21 czerwca 2008 13:12:06 Głupie to to jest... ale to tylko i wyłącznei moje zdanie. D: --- Azmaria westchnęła głęboko i przymknęła różnokolorowe ślepia. - To teraz mi wytłumaczysz, co to jest miłość. – Białowłosa otworzyła nagle oczy i przyjrzała się Rey’owi, od razu dostrzegła delikatny róż, na jego bladych policzkach. – Hę? A tobie, co? Homunkulusy nie powinny okazywać uczuć, tak jak Az. Znaczy… ja – uśmiechnęła się do siebie kpiąco. - No, no, nieźle. Uczennica poucza sensei’a… – fioletowowłosy pomachał głową by ukryć lekkie zakłopotanie. Tak, to jego można uznać za najbardziej ludzkiego homunkulusa. - Nie wykręcaj się. Az chce odpowiedź, – mimo, iż dobrze opanowała język, ciągle nie mogła się odzwyczaić od mówienia o sobie w trzeciej osobie. - Nie podpuszczaj mnie – warknął Rey. – Dobrze wiesz, co to znaczy. -, Że niby ja wiem? No, może i tak…, ale może ty nie wiesz? – Białowłosa ciągnęła dalej, a niebieskooki, z powodów niewiadomych zarumienił się jeszcze bardziej. -, Co, Az trafiła w czuły punkt? – Przejechała palcem po skórze Rey’a, w okolicach serca. - Mogłabyś… przestać? – Wydusił, wzrok wbijając w ziemię. Saito pokręciła głową z dezaprobatą, a po chwili, ku zaskoczeniu chłopaka, przytuliła się do niego. Najpierw zesztywniał i wstrzymał oddech, by po chwili objąć ją delikatnie. - I kto tu mówił o uczuciach? – Szepnął cichutko. – Homunkulusy uczuć nie powinny okazywać. - To nie fair! Łapiesz mnie za słówka! No… może nie za słówka… a, mniejsza – zaśmiała się cicho, po czym skarciła się w myślach. – Nu, przez ciebie Az nie może wykonać polecenia Ojca – mruknęła po chwili. - Może to i lepiej? – Odpowiedział fioletowowłosy, w formie pytania, na które odpowiedzi nie otrzymał. *** Niebieskowłosy obserwował z ukrycia, jak Adelaide biegnie przez las. Dokąd biegła? A może raczej skąd? Tego nie wiedział, obserwował, więc dalej. Darkness, darkness everywhere… Niebo było jednolicie czarne, bez srebrnego punktu na niebie, nawet najmniejszego dowodu na istnienie Księżyca, więc nic nie mogło oświetlać drogi, ścieżki wydeptanej przez wieczornych, lub dziennych, spacerowiczów. Demon postawił sobie kolejne pytania:, przed kim uciekała lub, do kogo biegła? Przyśpieszyła, nie zauważyła ściętego pnia drzewa, wystającego, z ziemi i potknęła się, jednak zgrabnie uniknęła upadku, a wtedy jakiś mężczyzna doskoczył do niej. Czarne włosy do pasa, zielone oczy… Ookamu przyjrzał się temu uważniej, w każdej chwili gotów do ataku. Wybuch. Fioletowooki rozejrzał się z niepokojem, czyżby spieprzył robotę, jeszcze zanim się zaczęła? Ale nie, Adelaide była cała, a obok niej pojawił się blondyn, w identycznym stroju, co Moreau. Znikli, a po czarnowłosym mężczyźnie pozostała tylko krwawa miazga. - A niech ją szlag, czemu ciągle gdzieś się przemieszcza? – Niebieskowłosy wzniósł oczy ku czarnemu niebu i westchnął, zagłuszając bezkresną ciszę. *** - Musimy ją zabić. Teraz. Zanim zdąży stać się dla nas zagrożeniem – mruknął stanowczo Pein, poprawiając swoje rude, lśniące w promieniach słońca, które wpadało przez ogromne okno, włosy. - Ekchem, o czym ty mówisz? A raczej…, o kim? – Zapytała Adelaide, aksamitnym, czujnym głosem, przyglądając się Liderowi na tle wschodzącego słońca. Wyglądało to dość… uroczo, choć może wydawać się dziwne, że największy killer, jakiego tylko mógł poznać świat, może wyglądać uroczo, czy słodko. - O Azmarii oczywiście, z każdym dniem robi się coraz bardziej niebezpieczna, więc lepiej zabić ją teraz niż… - Pein przestał mówić, gdy dostrzegł minę Moreau. Wyrzekła się Az, to prawda. Ale przecież nie mogłaby pozwolić, żeby zabili jej siostrę! Dwukolorowe oczy dziewczyny, jedno człowiecze, o krwistym odcieniu szkarłatu, drugie żółte, jakby wężowe, zabłyszczały dziwnie, złowrogo, z dezaprobatą. - Nie! – Powiedziała głośno, zaciskając pięści. – Spróbuj ją tylko tknąć. – Syknęła, grożąc stanowczo. - Hę? – Lider uniósł brwi w zdziwieniu. – Przecież powiedziałaś, że skoro straciła pamięć, jest dla ciebie niczym. – Pokiwał lekko głową, wzdychając. – Nie, nie… może i Bogiem jestem, ale ciebie to nigdy nie zrozumiem. - Mimo wszystko…, mimo, że straciła pamięć… przecież ona jest moją rodzoną siostrą! Zawsze mnie wspierała… zawsze miałam poczucie, że mam kogoś, do kogo mogę wrócić…, że jestem komuś potrzebna – wyszeptała, ze łzami w zaczerwienionych już wcześniej oczach. – To moja Az… -, Ale prędzej czy później i tak będę musiał ją zabić – rudowłosy przewrócił obojętnie oczami. -, Czemu? – Adelaide nie dawała za wygraną. - Przecież współpracuje z homunkulusami! – Ta informacja spowodowała, że Moreau nagle zamilkła. Zesztywniała i otworzyła szerzej oczy. - Niemożliwe… - jęknęła, jednak nadal z odrobinką wiary w to, że Pein się myli… a może się przejęzyczył? - A jednak. – Powiedział bezwyrazowo, tym samym doszczętnie niszcząc malutki płomyczek nadziei. - Nieważne… ona przecież… ona… nie, ona nic złego nie zrobi! Nie nam! – Aide starała się przekonać samą siebie. Nadaremno. - To już nie jest ta Az, którą znałaś. Bez pamięci… cóż, stała się zwykłą marionetką, którą wystarczy odpowiednio pokierować – Pein mówił obojętnym, chłodnym tonem, tak jakby rzeczywiście opowiadał o bezużytecznej lalce. Sprężyste loki falowały równo z ruchem głowy, to na lewo, to na prawo. - Niemożliwe… - Adelaide, przestań – polecił rudowłosy, a Moreau siedziała już, niczym kamienny posąg. Nie mówiła nic; czekała na wypowiedź swojego chłopaka. – I tak wiesz, że twoje słowa nic nie zmienią. Stało się i już. Co, jak co, ale jeśli Az cię zaatakuje, chyba nie będziesz stać bezczynnie, nie? - Nie wiem… - przyznała smutno, spuszczając głowę. – Ale jedno jest pewne. Nie zabiję jej. - To ja to zrobię, bez różnicy – Pein wzruszył ramionami, odsuwając papiery na bok. Oparł łokcie o biurko, głowę kładąc na złączonych dłoniach. – Ciebie wcale nie musi tam być. - Nie rozumiesz? – Zapytała z niedowierzaniem. – Ja nie dam jej zabić… - Cóż, Aide… wyboru zbyt wielkiego nie masz. – Dobitna prawda. -, Jeśli… - zatrzymała swą wypowiedź chwilę. Pierwszy raz w życiu nie mogła wypowiedzieć tego jednego słowa. – Umrze… wskrzeszę ją. Nieważne jak. Zrobię to. Tak jak ona zrobiła to dla mnie… - No, na to, to ja nie pozwolę. Moreau zamilkła; wstała i wyszła z pokoju. Nie chciała dalej przeciągać, ten konwersacji, i tak sprowadzałoby się tylko do jednego punktu, a Pein miałby odmienne zdanie do zdania Adelaide, szkoda tracić czas. - Cześć – rzucił Lider na pożegnanie, nim drzwi od jego wszechstronnego gabinetu, połączonego z pokojem sypialnym, w którym bywał rzadko, zamknęły się, o dziwo bezdźwięcznie. Mały podmuch wiatru z korytarzu wystarczył, by rozsypać po podłodze dokumenty leżące na biurku. Rudowłosy przeklął w myślach, wstał jednak i pozbierał samotne kartki, odkładając je powrotem, na odpowiednie miejsce, choć tym razem już nie w porządku alfabetycznym, w jakim ułożone być powinny. *** - Hm, Edo, wiesz, co? – Aru zaczął rozmowę, przyglądając się swemu bratu. – Urosłeś. I to bardzo… teraz, na oko, jesteś już wyższy od Az! – Stwierdził z entuzjazmem, który jednak szybko zgasł. - Um, no, dzięki… - szepnął cichutko. – Winry musiała mi już dwa razy przebudowywać automaile. - To pewnie, dlatego, że wróciłem, nie? Jak twoja teoria głosiła, musiałeś jeść i spać za mnie. I rosnąć za dwóch… - brązowowłosy mówił dalej, wpatrując się w smutny krajobraz rozciągający się za oknami alchemicznej bazy. Edward uśmiechnął się smutno, ale nawet ten jeden, mały uśmieszek wypadł sztucznie. Edo prezentował się marnie. Schudł, co było bardzo widoczne, zwłaszcza, że wreszcie urósł; po prostu przez pewien okres czasu nie mógł nic jeść… ani spać. Zaczął cierpieć na chroniczną bezsenność… Organizm był już wycieńczony, więc teraz przesypiał całe dnie, ale to i tak nie pomagało… A te dwa czynniki dały o sobie znać, jeśli o wygląd chodzi. - Edo… proszę, nie przejmuj się już aż tak… - szepnął Aru. – Wpadłeś teraz w taki stan jak po transmutacji mamy… Edo… proszę. - Zrobiłem wtedy coś strasznego… - szepnął blondyn, spuszczając głowę; pięści zacisnął na kolorowej pościeli. – I teraz zrobiłem coś podobnego… gdybym wziął od niej ten Kamień Filozoficzny… szlag! - Nie możesz się za to obwiniać! I tak zrobiłaby to, dla ciebie, prędzej czy później, z kamieniem czy bez! – Al wybuchł nagle; mówił szybko, głośno, z podenerwowaniem. Edo spojrzał na niego, z zaskoczeniem. - Masz racje – przyznał, wzdychając. Ręką przejechał po włosach brata, czochrając je lekko. - Przepraszam… zaniedbuję cię, przez to wszystko… - uśmiechnął się nieznacznie, przepraszająco. – Ale ja sobie rady z tym nie daję… komentarze [1] "- Walka ze mną nie będzie łatwa, obiecuję." >> środa, 28 maja 2008 20:30:13 Komentarz autorki: No, takie sobie, jak zwykle, ale... ale już nie będę marudzić. A, no, tym razem napisałam z perspektywy każdego po troszku, może nie każdego, ale większości. No, i dedykejszyn dla mojej siostry kochanej, która mnei tak baaardzo wspiera zawsze! ;3; Muzyka: Przede wszystkim Kodoku, ale były też inne. Inspiracja: To... chyba muzyka, nie? --- --- --- Azmaria uczyła się szybko, bardzo szybko, zwłaszcza, jeśli jej trenowanie przypadało Rey’owi, co w końcu stało się jedynie jego obowiązkiem, no, może prawie jedynie, bo Hannah pomagała, jako, że chciała się podlizać Ojcu. A Az po dłuższym czasie już świata poza nimi nie widziała. Fioletowowłosy był, jak to się często mówi „w siódmym niebie”, bo darzył Saito dość szczególnym uczuciem, a ta nie zachowywała się wobec niego chamsko, tak jak przed utratą pamięci, a wręcz przeciwnie. Choć właściwie, coraz rzadziej okazywała jakiekolwiek emocje, tak jak nakazał Ojciec, to jednak w jej zachowaniu było coś wyjątkowego, to, co czyniło Rey’a szczęśliwym. Tak jak niedawno Ed’a, acz Az była wtedy bardziej wylewna. *** Blondyn przechadzał się bezcelowo po starej części Akumu, choć może jednak miał w tym jakiś cel, a mianowicie miał nadzieję, że jakimś cudem natrafi na Az. Zadręczały go myśli, nawiązujące do pytań typu, „dlaczego?” I gdybania, które nigdy nie przynoszą nic dobrego. Odtwarzał w myślach ostatnie spotkanie z Azmarią, jeśli można by to nazwać spotkaniem, szczerze mówiąc, po prostu wyrzuciła go z pokoju, śmiertelnie przerażona. Nasuwa się, więc podstawowe pytanie, ‘dlaczego?’ A odpowiedzi brak. Pogoda nie dopisywała, choć było dość ciepło; nad Akumu gromadziły się chmury, stwarzając ponury nastrój i grożąc przy okazji, kolejnym ciekłym opadem w postaci deszczu, którego niemalże wszyscy mieszkańcy mieli dość. Szare domy, ustawione w równych rzędach, poniszczone, zmasakrowane, kryjące w sobie jakąś niezapisaną historię. Opuszczone. Ed przeklął się w duchu, że zawędrował aż tu, budynki dołowały go jeszcze bardziej, bo opisywały doskonale jego obecny stan. Opuszczony, to już najodpowiedniejszy przymiotnik. Alchemik zwolnił w końcu i usiadł na ławce, niegdyś zapewne białej, obecnie koloru nieokreślonego i schował twarz w dłoniach, jakby to pozwoliło mu się na oderwanie od świta, choć na chwilkę. Ale to nie było możliwe, nie tak łatwo; pierwsze krople spadły na ziemię, jednak czy naprawdę były to krople deszczu…? *** Pein przechadzał się po Akumu, mimo tego, że było jeszcze jasno, na ulicach i tak nikogo nie było, gdyż w gazetach znów pojawiły się artykuły o „seryjnych zabójcach”, tak, seryjnych, gdyż ustalono, że nie jest to jedna osoba. „Życie w tym mieście to istny koszmar, nic dziwnego, że zwie się Akumu, założyciel trafił w samo sedno” – wypowiadał się jeden z mieszkańców. Adelaide westchnęła cicho i wyrzuciła gazetę do najbliższego kosza, co jak co, ale o naturę trzeba dbać. Cóż, jeśli ma się akurat ochotę… - Pein, powiesz mi wreszcie kogo szukasz? – Mruknęła, prosząc, bladoskóra. - Nieważne – odparł Lider. A Aide nie nalegała, przywykła do takich odpowiedzi, tak jak przywykła do bezwzględnego posłuszeństwa Peinowi. - Okej – odpowiedziała, przytulając się lekko do Lidera, ten zaś objął ją delikatnie ramieniem. Oboje poczuli lekki powiew wiatru, jakby znikąd, gałąź drzewa zatrzęsła się, dwukrotnie, w krótkim odstępie czasu, a powiew zawrócił i zanikł… - To było, co najmniej dziwne – stwierdziła czarnowłosa, rozglądając się uważnie. - Zgodzę się z tobą – burknął szarooki, lecz ten swój wzrok wbił w drzewo, które poruszało się dziwnie, mimo iż wiatru nie było. - A chcecie zobaczyć coś jeszcze dziwniejszego? Hm, no, może nie dziwnego – doszedł ich złowieszczy, acz aksamitny szept, należący do, znanej już Aidelaide, homunculuski. Czerwonooka wzdrygnęła się mocno, na samą myśl, o bólu, jakiego doświadczyła po ostatnim spotkaniu brązowowłosej. Lider Akatsuki uśmiechnął się pod nosem, nie był to jednak uśmiech, zaliczany do tych pozytywnych… znalazł wreszcie tego, kogo szukał i mógł dokonać zemsty. Jasnooka zeskoczyła z jednej z gałęzi drzewa i wyszczerzyła się lekko. - Walka ze mną nie będzie łatwa, obiecuję – mruknęła, podekscytowana zbliżającą się walką z „rudowłosym mięśniakiem”, jak go doskonale, zdaniem Hannah, określił Envy. *** - Hm, Ookamu – Lucyfer zwrócił się do swojego zastępcy. – Wyślę cię na Ziemię – dodał po chwili, lustrując go wzrokiem. - Tak, pewnie! – Syknął niebieskowłosy z wyraźnym niezadowoleniem. – Ty się boisz, to ja mam iść zajmować się tą całą Adelaide? - Nie boję się! – Zaprzeczył demon, siedząc na swoim ogromnym, kościstym tronie. – Tylko lepiej dla wszystkich będzie, jak to ty pójdziesz, nie ja – dodał po chwili, obronnym tonem. - Taaak, już lecę – zironizował Ookamu, machając ogromnymi skrzydłami. - Pan Okamu sam nie pójdzie – wtrąciła się Shita. – Nie mogę go zostawić! - Idzie sam i koniec, kropka. Władca Piekieł przemówił. – Warknął Lucyfer. - Lucuś, bez nerwów – westchnął fioletowooki, zmieniając nagle ton głosu. – Pójdę, pójdę. Tylko powiedz, czy tam jest AŻ tak nudno, jak to wyszeptały mi anioły upadłe? - Hm, świat ludzi jest całkiem… ciekawy – mruknął płomiennowłosy, bez przekonania. Jego światem nie był tamten świat. Jego światem była pewna osóbka… - A Adelaide jest całkiem… - Spróbuj ją tylko tknąć, a zginiesz w męczarniach! – Syknął czarnooki, krzywiąc się. - Postaram się trzymać łapy przy sobie, ale kto wie… – Ookamu drażnił Władcę Piekieł, nie bał się konsekwencji, był tylko ciut słabszy od Lucyfera, więc bez problemu by uciekł, tak przynajmniej uważał; uderzył ogonem o podłożę, a ziemia drgnęła lekko. - Ale kiedy mam tam iść? – Zapytał nagle demon o włosach niebieskich, niczym ziemskie niebo, bo piekielnie miało raczej odcień jego tęczówek. - Powiem ci, spokojnie. - Nosz kur… na. Ty to potrafisz demona z równowagi wyprowadzić! – Ookamu zdenerwował się po raz kolejny, tym razem jednak nie został; odwrócił się na pięcie i w tym samym momencie wbił się w powietrze, niesiony przez swoje masywne skrzydła. Shita, jego wierna i oddana służąca ruszyła w ślad za nim. - Bosz, kogo ja sobie na następcę wybrałem! – Bladoskóry pacnął się dłonią w czoło i westchnął bezradnie. *** Adelaide obserwowała Peina, i wtulała się w niego mocno, trochę mocniej niż zwykle. Chciałaby zaatakować Hannah, ale jakoś… jakoś nie mogła się pozbierać. Stała więc. Lider odstawił czarnowłosą na bok, ‘odlepiając’ tym samym od siebie i bez ostrzeżenia ruszył do ataku. Po okolicy rozniósł się chrzęst łamanych kości i głuchy pisk Adelaide, jednak to nie ona została ranna, tylko jej ukochany, który jednak dźwięku najmniejszego z siebie nie wydał… po chwili stał naprzeciwko brązowowłosej; moce regeneracji, które podkradł częściowo Lucyferowi miały się dobrze, a odporność na ból była ogromna, także wiadomo, kto miał większe szanse na zwycięstwo, problem był jeden, szarooki nie wiedział gdzie znajduje się znak Urborosa, pozwalający na ostateczne unicestwienie homunkulusów. Czarnowłosa Adelaide opanowała wreszcie lekki szok, i ogromne zdziwienie, wyciągnęła jedną z rak przed siebie, a z jej wnętrza wydobyły się dwa srebrne ostrza… Z nieba zaczęły kapać słone kropelki, a ciemne chmury rozbłysły jasnym światłem, i towarzyszącym temu typowym odgłosem – głośnym grzmotem. komentarze [1] - Tylko szybko, bo Elric zaraz przylezie. >> poniedziałek, 26 maja 2008 19:22:12 Nie mi tu oceniać, choć według mnie nie wyszło, nu. D: Ale tak czy inaczej, dedykacja dla mojej Szejdi! :3 Ocenę właściwą pozostawiam jej. --- Azmaria zeszła do salonu; słyszała dźwięk zamykanych drzwi, miała, więc nadzieję, że Edo sobie poszedł. Razem z Aru, bo i tak zawsze wychodzili razem… jednak ku jej przerażeniu zastała starszego z braci Erlic… jej Elric’a siedzącego na fotelu. - Mogłabyś się tak nie kręcić? – Syknął przez zaciśnięte zęby, a Az pisnęła coś cichutko. Nie, to nie było logiczne… czy Ed przez cały czas udawał? Zastanawiała się nad tym przez chwile. Nagle znalazła się na ziemi, chłodną dłonią pocierając bolący policzek. Była tak rozkojarzona, że ledwo rozumiała, co się przed chwilą stało. „Edo mnie… mew… uderzył?” – Pomyślała, a jej oczy momentalnie zaszły łzami. - Czemu Edo to robi? – Załkała, i zerknęła na niego. Ten opierał się o ścianę plecami, i uśmiechał niezbyt po swojemu. Ale Az nie wiedziała, co Envy potrafi, tak, więc uważała nadal, że to jej Ed uderzył ją w twarz. Zerwała się szybko, i nie zważając na swój ubiór, jakim była piżama, wybiegła na zewnątrz. Dziesiąta, Rey zjawił się punktualnie. Cóż, nie tak to miało wyglądać, ale tym razem zadziałało na korzyść tych „złych”. Białowłosa wpadła na homunkulusa z rozpędu i pisnęła swoje, standardowe już „mew”, a w głosie dało się wyczuć przerażenie wymieszane z zaskoczeniem. Niebieskooki przytulił ją do siebie i szepnął uspokajająco: - Ja ci nic nie zrobię, zabiorę cię, z dala od Edwarda… - Az przestała się rzucać. - Serio? – Zapytała dziecięcym głosem. Ach, ta naiwność! - Pewnie – wyszczerzył się radośnie, choć gryzło go sumienie. Nie chciał jej tego robić… - Tylko szybko, bo Elric zaraz przylezie. – Powiedział nagle, a dziewczyna przytaknęła panicznie, zgadzając się by zabrał ją ze sobą. I zabrał. Zniknął, jakby się teleportował, a to tylko naddźwięczna szybkość. Tylko? No cóż. Wszystko poszło według planu, ta dobra Az przestała istnieć; rozpoczęły się prace nad kształtowaniem jej charakteru. *** Adelaide siedziała obok Lucyfera, wpatrując się w jego czarne, nieprzeniknione oczy. Można by się w nich utopić, jak w czarnej smole. - Przepraszam za Pein’a – mruknęła cicho, trochę ponuro acz szczerze. Prawdę powiedziawszy dziś czuła się przy demonie jakoś tak nieswojo, a i on zachowywał się inaczej, można powiedzieć, że był nawet odrobinkę spięty, a to do niego zupełnie niepodobne. I się w ogóle nie uśmiechał, ale to już łatwo wyjaśnić. - A, spoko, nie twoja wina – machnął lekko dłonią. – Właściwie to ma rację, mogłem bardziej się postarać z tą ochroną… - dodał po chwili, z cichym mruknięciem, wyrażającym niezadowolenie z siebie. - Ej, nie obwiniaj się! – Powiedziała bladoskóra. – Niby jak miałeś powstrzymać kogoś, kto umie kontrolować czyjeś kości? Założę się, że ruchem ręki mogłaby wyrwać z człowieka cały szkielet… - wzdrygnęła się na samą myśl, choć poczuła ulgę, że ją cos takiego ominęło. Płomiennowłosy wzruszył lekko ramionami, wzrok wbijając w ziemię. Zamyślił się lekko, a Aide nadal się w niego wpatrywała. - Gdybym szybciej zareagował, przecież zauważyłem, że za nami szła… - szepnął, a czarnowłosa złożyła ręce na piersiach. - Tez powinnam ją zauważyć – dziewczyna dalej broniła swoich przekonań co do niewinności Lucyfera, nawet jeśli on sam nie był do tego przekonany. - Nie wiem co bym zrobił, gdybyś umarła, po raz kolejny – mruknął, nie odrywając wzroku od dywanu w białe, fikuśne wzorki. Członkini Akatsuki otworzyła usta, pomalowane czarną szminką, jakby chciała coś powiedzieć, westchnęła jednak tylko i zamknęła oczy. Poczuła coś jakby lekki powiew wiatru, a gdy otworzyła powieki, natrafiła wzrokiem na czarne oczy Lucyfera, i poczuła lekkie ciepło jego włosów, złożonych z pojedynczych płomieni. Znajdował się tak blisko jej twarzy, że czuła jego oddech. - C- co…? – Wydukała, ale nic więcej już powiedzieć nie mogła. Demon pocałował ją delikatnie, a ta odruchowo zamknęła oczy i na chwilę wstrzymała oddech. Była zbyt zszokowana, by cokolwiek zrobić… i zauważyć. Nie zobaczyła, więc, że jaj ukochany wszedł właśnie do pokoju, dostrzegła to dopiero, gdy usłyszała dźwięk drzwi uderzających z impetem o białą ścianę. Demon powoli odsunął się od Adelaide, która zakryła usta rękoma, jakby w niemym przerażeniu, a jaj oczy zaszkliły się w bezradności. Z gardzieli płomiennowłosego wydobył się głuchy syk, a szarooki wykonał kilka ruchów rękoma, złączając je wcześniej, podszedł do Władcy Piekieł, ręce zaciskając w pięści. - Pein… - wychrypiała czarnowłosa, ale znów oniemiała, tym razem, gdy dostrzegła wzrok Lidera, i to coś, ukrytego w jego spojrzeniu. Dopiero po chwili skojarzyła, jakie to uczucie… czyżby ból? Rudowłosy popchnął Lucyfera i oboje znikli, zostawiając za sobą szarą smugę, o znajomym zapachu, przypominającym siarkę. *** Czarne chmury zakrywały niebo, choć właściwie nadchodziło południe, było prawie jak w nocy, a z chmur padał obfity deszcz, obmywając walczących. Krople w zetknięciu z włosami demona skwierczały złowrogo, od razu zdradzając jego położenie, gdy tylko próbował się gdzieś ukryć. Natura na niekorzyść demona. Walka była całkiem wyrównana, trwała długo, choć powoli dobiegała do końca; trudno stwierdzić, kto miał większe szanse, zważając na to, że Lider używał tylko jednego ciała, tego, w którym przebywał przez większą część czasu. Choć dla Peina wszystko było oczywiste, to on miał wygrać. Ale Lucyfer, Pan Piekła, miał niesamowite zdolności regeneracji, co odrobinkę komplikowało sprawę, ale dla Peina rzeczy niemożliwych nie ma, zwłaszcza, jeśli chodzi o Adelaide, a poza tym on posiadał Rinnegan, co pociągało za sobą kilka dodatkowych możliwości. - Niech cię szlag! – Warknął Lucyfer uskakując przed kolejnym atakiem Olbrzymiego Kameleona, którego to przywołał Pein, problem w tym, że zwierzę, bardziej przypominające zresztą chimerę, stawało się niewidzialne. - Kawarimi no Jutsu – rzekł Pein spokojnie, wykonując określony ruch rękoma. Znikł, natychmiast pojawiając się za Lucyferem, który początkowo lekko się zdezorientował, a Lider, wykorzystując to, użył kolejnego Jutsu, tym razem wymyślonego niedawno, przez siebie. I tak oto zyskał zdolności regeneracji. Na twarzy rudowłosego pojawił się szyderczy uśmieszek, a gdy Lucyfer odwrócił się w jego stronę i używając swych płomieni po prostu stopił kawałek jego skóry, nawet się nie skrzywił; rana zrosła się tak szybko, jak się pojawiła. - Kurwa mać! – Zaklął demon. – Niemożliwe, jak ty… cholera, cholera! – Wydarł się jeszcze zaciskając mocno pięści. Przez zaciśnięte zęby wydobył się syk złości. - T teraz tak sobie walczyć możemy, do końca świata – mruknął Pein szyderczo, a demon zaklął po raz kolejny. Teraz już nie miał najmniejszych szans na wygraną, postanowił się wycofać, uznał to za najlepsze wyjście w tej sytuacji, może nieco pozbawione honoru, aczkolwiek innego znaleźć nie umiał. - Okej, wygrałeś – burknął Lucyfer, poddając się. – Ale nie myśl, że zostawię Aide samą – dodał, co miało być chyba czymś w rodzaju pogróżki i rozpadł się na miliony, piszczących pająków, które po chwili, zamieniając się w czarną maź, wsiąknęły w ziemię, razem z kroplami deszczu. Pein uśmiechnął się do siebie ponuro, i nie tracąc czasu, przeteleportował się, jeśli tak to można nazwać, do swojej bazy, a dokładniej pokoju swojej Aide… Choć nie był tak do końca zadowolony, w końcu nie zabił tego cholernego demona, a tylko go przegnał. Taaak, przegnanie Pana Piekieł to w końcu tylko błahostka… komentarze [0] "- Już myślałam, że nigdy nie skończycie." >> sobota, 24 maja 2008 21:04:00 @w@ Mniejsza o moje zdanie, dedykacja dla Szejd wspaniałej Queen of the Dark! No, i dla Nastii też. :3 ----- Azmaria wstała powoli, chcąc pójść do swojego pokoju, bo w końcu zbliżała się już dość późna pora… jednak zatrzymała się w połowie drogi i odwróciła energicznie, w stronę blondyna. - Az może zostać z tobą? – Szepnęła cichutko, pytając. Edo przyjrzał się jej, ale zanim zdążył coś powiedzieć, białowłosa objaśniła: - Az… mew… boję się. – Pierwszy raz od utraty pamięci użyła czasownika w pierwszej osobie, co trochę ucieszyło Ed’a, ale tylko trochę, bo widok jej zasmuconej twarzy, cóż, nie pozwolił mu na większy entuzjazm. Zarumienił się lekko, aczkolwiek odsunął na bok, robiąc miejsce, dla Saito, która pisnęła radośnie i po chwili leżała już, wtulając się w ciepłe ciało blondyna. - Przy Edo, Az czuje się… taka mew… - zamyśliła się, szukając odpowiedniego słowa. – Bezpieczna. – Dokończyła, zamykając różnokolorowe ślepia. Złotooki uśmiechnął się leciutko, niemalże smutno, choć smutek ten przeplatał się z radością i objął dziewczynę ramieniem, całując ją delikatnie w lodowate czoło. - To dobrze – mruknął cichutko, gładząc jej proste włosy, w odcieniu zimowego śniegu. Nie minęła nawet minuta, a oboje zatopili się we śnie, tak jak tamtej nocy, kiedy Azmarię nawiedziły koszmary. Tylko tym razem było już lepiej, bo alchemik nie musiał oglądać zapłakanej twarzy dziewczyny, co widokiem częstym nigdy nie było. Przedtem… *** Adelaide ciągle chodziła za Pein’em, jak niegdyś Lucyfer za nią, stała mu się bezinteresownie oddana. I właściwie, to tylko przy nim czuła się w stu procentach bezpieczna, co Liderowi oczywiście schlebiało, zwłaszcza, że coraz rzadziej przebywała z demonem. Jednak dla stróża były to istne, można powiedzieć, katusze. Zakochał się w niewłaściwej osóbce. Ale sam nie wybierał, to jego sczerniałe serce wyrwało się ku bladoskórej, choć w Piekle jest przecież tyle demonic! Ale… nie takich jak Aide. Ona była wyjątkowa; miała świetne ciało, była po prostu zgrabna, ani za gruba, ani za chuda. Kolor skóry był wyjątkowy, taki księżycowy, idealnie pasujący do czarnych loków, i tych… a raczej tego niesamowitego odcienia tęczówki. I charakter też miała niczego sobie, trochę kapryśny, ale na swój sposób wyjątkowy, zupełnie jak wygląd. Słowem, ideał. Nieosiągalny ideał. Lider z każdym dniem wykazywał coraz to większą niechęć do demona, za sprawą zazdrości, bo stróż coraz to bardziej się do Księżniczki Ciemności przymilał, ale ta, no cóż, ignorowała go, może nie całkiem, bo był dla nie świetnym przyjacielem, zupełnie jak brat, którego nigdy nie miała zresztą, ale… ignorowała te wręcz zalotne gesty, starając się nikogo nie urazić, co było strasznie trudne, zresztą, wszystko jest skomplikowane, jeśli o uczucia chodzi, i nie tylko, aż za bardzo… Życie powinno być łatwiejsze. *** - Tak trudno wykraść Azmarię temu całemu Edwardowi? – Mruknął ponuro Ojciec, stukając palcami o podparcie na rękę swego drewnianego krzesła, wyrzeźbionego w jednym z lepszych gatunków drzewa, czy też drewna, żeby nie rzec, że najlepszym. - No, właściwie to nie – mruknął Envy, spuszczając lekko głowę. - Ale po co nam ona? – Wtrącił się energicznie Rey. – Damy sobie radę sami. - Nie, nie damy. Potrzebna nam Azmaria, póki jeszcze nie za wiele pamięta. Przywiązanie do Ed’a też się da zniszczyć. – Blondyn zastanowił się na chwilę. – Mam plan nawet. - Zamieniamy się w słuch – zielonowłosy podjął decyzję za resztę kompanów. - Envy, będziesz udawać Ed’a, i będziesz coraz bardziej chamski i niemiły, doprowadzisz do tego, że Saito znienawidzi cię całym sercem, właściwie to nie ciebie tylko Edwarda, a ty Rey – zwrócił się do fioletowowłosego. – Ty zaczniesz się nią opiekować i będziesz kierować jej poczynaniami, aż stanie się chodzącą bronią, wyzbytą uczuć. Zawładniemy nią. Całym jej ciałem i umysłem. – Ojciec mówił powoli, wyraźnie, robiąc krótkie pauzy. Spoglądał z powaga na zebranych. - Reszta będzie pomagać – dodał po chwili. – A Sloth, wraz z Lust, zajmie się „porwaniem” Az, ale jeszcze nie teraz. Musimy poczekać, przyszykować się na ewentualne powikłania – mówił dalej, a niebieskooki krzywił się coraz bardziej. Nie chciał robić czegoś takiego Azmarii, lubił ją, mim wszystko, jako jedyną z homunkulusów. - homunkulusów gdy wszystko się uda… zaatakujemy Akatsuki, po drodze kończąc z Edo i Aru – blondyn zakończył swoją przemowę. A na „sali” zapanowała głucha cisza, nikt nie odważył się przemówić, bez pozwolenia stworzyciela, kto wie, jaka była za to kara? Jedynie Greedo zdążył się przekonać. *** Adelaide dostała misję od Pein’a, z pozoru łatwą, acz zawsze mogło pójść cos nie tak, a że Lider miał naprawdę ważną sprawę od załatwienia, łaskawie pozwolił Lucyferowi pilnować czarnowłosej, a demon był z tego strasznie zadowolony, bo oznaczało to dodatkowe godziny spędzone sam na sam z Moreau. Daleko w tyle podążała ich śladem brązowowłosa dziewczyna, niepozorna siedemnastolatka o bladoczerwonych oczach i ciemnej karnacji. Szła powoli, z gracją, acz cały czas tym samym szlakiem co Aide i Lucyfer, co demonowi wydało się dość… podejrzane. Nie odezwał się jednak słowem, choć kątem oka cały czas obserwował dziewczynę, o kolorze włosów… cóż, dla niego nieodgadnionym, wiedział tylko, że muszą być ciemne. - Co ty taki niespokojny? – Zapytała Adelaide, szukając ulicy zapisanej na kartce, tam miała czekać na nich ofiara. A właściwie to nie na nich, a na kogoś innego, ale to już zależne od perspektywy, z jakiej się na to patrzy. - Ja? No co ty – mruknął cicho, bez okazywania większych emocji. – Jestem tylko jakiś taki, no, nie wiem, padnięty? – Odparł wymijająco, by niepotrzebnie nie denerwować dziewczyny. *** Misja wykonana pomyślnie, Aide z satysfakcją przyglądała się zwłokom, choć jej serce ogarnął lekki, podświadomy lęk, gdyż słońce przekroczyło już linię horyzontu, znikając za drzewami. Prawda, chmury przybrały teraz śliczny odcień, ale to tylko zapowiadało zapadnięcie zmroku, a co za tym idzie i ciemności… - Już myślałam, że nigdy nie skończycie – usłyszeli nagle aksamitny, dziewczęcy głos, a w odległości ok. dwóch metrów od nich stała dziewczyna o brązowych lokach, przyglądająca się im lekceważąco. – Szkoda tylko, że nie jesteś sama… - mruknęła zwracając się do czarnowłosej. Lucyfer syknął cicho i przygotował się do ataku. Z nieba spadły pierwsze krople, a po chwili rozpadało się już na dobre, ograniczając widoczność, choć chmur było przecież niewiele… włosy Lucyfera wydawały charakterystyczny odgłos, jakie to wydawał ogień po zetknięciu z wodą. Błysnęła pierwsza błyskawica, a równo z odgłosem grzmotu dało się usłyszeć przerażający krzyk Adelaide i chrupnięcie ludzkich kości. Hannah, jak to zwali homunkuluskę, stała z wyciągniętą przed siebie ręką, dłoń zaciskając w pięść i uśmiechała się podle, z nieukrywaną satysfakcją. Tak, kontrolowanie kości było jedną z jej umiejętności. - Ty suko! – Warknął Lucyfer i doskoczył do niej, by zadać cios, jednak ta machnęła ręką i czaszka demona rozpołowiła się na dwie, równiutkie części. Ciało opadło na ziemię bezwładnie, regeneracja musiała zająć mu trochę czasu, to było pewne. Brązowowłosa podeszła do Adelaide, która kuliła się na ziemi, rękoma obejmując tyle żeber, ile się tylko dało. - Szkoda, że Ojczulek nie pozwolił mi cię wykończyć… - mruknęła cichutko i znikła. Wyparowała wraz z kolejnymi kroplami deszczu. komentarze [0] "- Skoro mnie nie pamięta, skoro nie pamięta nic z dzieciństwa… to już nie jest moją Azmarią" >> czwartek, 22 maja 2008 22:18:32 ... ;3; Tak, ta emotka wyraża wszystko. No, ale dedykacja dla mojej siostry musi być! :3 --- Azmaria przetarła niemrawo oczy, ziewając i przeciągając się mocno. - Mew? – Szepnęła cichutko, rozglądając się. Po chwili dedukcji, stwierdziła, że jest sama. „Edo i Aru znów w sklepie” – stwierdziła z poważną miną. Westchnęła, po swojemu i wygramoliła się z łóżka, niezdarnym krokiem kierując się w stronę kuchni. Gaikotsu przywitał ją głośnym szczeknięciem, przypominając o swojej obecności. - Az nie sama, mew! – Powiedziała radośnie, głaszcząc swojego zombie, który zaskomlał żałośnie, jakby coś przeczuwając i właśnie w tym momencie, ktoś zapukał do drzwi. - Edo! Aru! – Pisnęła Saito i podbiegła do drzwi, zielony pies chciał ją powstrzymać, jednak była za szybka. Otworzyła zamaszyście drzwi i zdębiała. To, co zastała za drzwiami, z pewnością nie zadowoliłoby alchemika. - No, no – zaśmiał się zielonowłosy, spoglądając w bezwyrazowe oczy białowłosej. – Kogo my tu mamy! - Az cię nie zna. Mew. – Powiedziała ufnie Azmaria, z leciutkim uśmieszkiem na twarzy. Dziecięca naiwność, tak by to można nazwać. - Czyli serio nic nie pamiętasz? – Powiedział zielonowłosy, bardziej do siebie. - Az pamięta… mew… niedużo, ale Az pamięta! – Zaprotestowała różnooka. Gaikotsu szczeknął, jeżąc się, ale Az posłała mu karcące spojrzenie, więc zrezygnowany ułożył się w koncie. Envy wyciągnął rękę w jej stronę i chwycił lekko za podbródek, kopnięciem zamykając drzwi. - Mew! – Pisnęła białowłosa, protestując znacząco, ale homunkulus nie zareagował. - A wiesz, kim jesteś? – Zapytał, szczerząc się złośliwie. Saito nie odzywała się przez chwilę. - Az jest Az! – Powiedziała, wyrywając się. Stanęła, byle jak najdalej od przybysza. - No to nieźle się urządziłaś – mruknął zielonowłosy. – Ale nieważne, chodź teraz ze mną! – Polecił chłopak, próbując złapać Saito za nadgarstek, umknęła jednak. - Mew! – Pisnęła ze strachem, a jej oczy zaszkliły się. – Az musi poczekać na Ed’a! - Uwierz mi, nie musisz – mruknął Envy, tracąc już cierpliwość. Wyciągnął mały sztylecik i podbiegł do dziewczyny, chcąc ją nastraszyć. - Zostaw Az! – Krzyknęła, a cały przedpokój momentalnie pokrył się grubą warstwą lodu, na którym fioletowooki poślizgnął się, zaliczając przepiękną glebę, jednak po drodze zahaczył ostrzem o rękę Az, zostawiając na niej ranę od łokcia, do samego nadgarstka. - Mew! – Białowłosa skuliła się momentalnie, jednakże nie z bólu. Powróciły wspomnienia związane z przemianą, a raczej przebłyski owych wspomnień. *** Adelaide siedziała naprzeciwko Lucyfera i Peina, w jednym z ostatnich przedziałów w wagonie pociągu, zresztą jednego z najszybszych w Japonii. Właśnie wjechali do Tunelu Seikan łączącego wyspy Hokkaido i Honisu, co równało się z ponad godzinną katuszą dla Adelaide, bo jak wiadomo, w tunelach bywa ciemno, a ta ciemności nie znosiła. Wprawdzie wcale nie musiała jechać, w końcu zarówno Pein jak i Lucyfer mają te swoje umiejętności, ale biorąc pod uwagę ilość zakupów i bagaży… rozsądniej było wybrać pociąg, i tak też postąpili. Pein wstał, i znalazł się obok Adelaide, w takim tempie, że zdążył ją objąć w pasie zanim ta cokolwiek zauważyła, podobnie zresztą było z reakcja Lucyfera, który syknął cicho, gdy tylko zauważył w bladym świetle nielicznych lamp, postać Lidera obok bladoskórej. - Coś się nie podoba? – Mruknął rudowłosy, gładząc Moreau po włosach. - Nieee, nic. – Burknął sarkastycznie płomiennowłosy, kładąc się wygodnie na dwóch siedzeniach. - Ej, ja tu się stresuję, a wy się jeszcze kłócicie? Obiecaliście! – Wtrąciła się czarnowłosa, tonem pretensjonalnym i lekko urażonym. - No, ale, po co on nam potrzebny? – Zapytał Pein, przewracając teatralnie pomarańczowymi tęczówkami. - Po to… - czerwono oka zawahała się lekko. Demon zerwał się nagle z miejsca, zaciskając ręce w pięści, tak mocno, że stały się białe, bielsze nawet od skóry Aide. - Okej, nie jestem potrzebny? – Mruknął. – To do zobaczenia w Piekle. – Syknął przez zaciśnięte zęby i rozpadł się na miliony małych pająków, które po chwili wsiąknęły w podłogę, zanim Adelaide zdążyła cicho pisnąć ze zdziwienia. „Znaczy się, w twoim pokoju” – dziewczyna usłyszała w swych myślach, jak Lucyfer poprawia swoją wcześniejszą wypowiedź. Tak, nie ma to jak zakochany i wybuchowy demon. - Idiota po prostu – skwitował Pein, choć na jego twarzy widniał lekki uśmieszek, pełen zadowolenia, to, że nie przepadał za Lucyferem nie było przecież żadną tajemnicą. - Tak, w tym momencie podzielam twoje zdanie – mruknęła czerwonooka, wtulając twarz w ramię mężczyzny, bo nazwanie Pein’a chłopakiem… cóż, jest jakoś nie na miejscu. – Ale Lucek miał swoje powody – z pewnych przyczyn broniła swojego demona. - Tya, peeewnie – zironizował Lider, wzdychając cicho. – A niech ci będzie – poddał się jednak po chwili, pierwszy raz od… właściwie to pierwszy raz. Wyjechali z tunelu, a rażące światło gwałtownie przerwało ich namiętny pocałunek. Tak, zawsze coś musi przerywać w najlepszych momentach… Pein otarł szybkim ruchem szminkę z ust i zerknął na szybę. - Szybciej niż myślałem – burknął. – Ale to w końcu ten najszybszy pociąg… *** Pein oparł się o framugę drzwi wejściowych, lustrując ze znużeniem przedpokój, lekko podniszczony lodem, oczywiście przez Azmarię. Adelaide skierowała się do pokoju, w którym siedziała jej siostra, układająca puzzle, co ostatnio stało się jej ulubionym zajęciem. Ed podążył za nią. - Jest pewien problem… - mruknął cicho blondyn, ale czarnowłosa go nie słuchała. Przyglądała się swej siostrze i coś jej nie przypasowało, może to ten dziwny, dziecięcy i jakby nieobecny błysk w oku? - Mew? – Saito skierowała swoje spojrzenie na bladoskórą i przekrzywiła ciekawsko głowę. – Adelaide! – Powiedziała, szczerząc się radośnie. Sama nie wiedziała, skąd zna to imię… dziewczyny w ogóle nie kojarzyła. - Az, co się stało…? – Zachowanie siostry też jej nie pasowało. - Az Cię nie zna… - mruknęła cichutko różnooka, przekrzywiając głowę. – Mew. – Pisnęła smutno. - Az straciła pamięć – złotooki dokończył swoją wypowiedź. Moreau zamyśliła się i kątem oka zerknęła na Pein’a który stał w holu, czekając z dobrze ukrywanym zniecierpliwieniem. - Czyli mnie nie pamięta? – Zapytała członkini Akatsuki, dziwnie bezwyrazowym głosem, a jej oczy straciły blask, by po chwili znów się roziskrzyć. - No… nie… pewnie przypomniała sobie tylko twoje imię, albo usłyszała od kogoś – mruknął niepewnie Edo, spoglądając to na Aide to na Az. Nie, nie były wcale podobne, ale jednak było to coś, po czym można by stwierdzić, że są… - A więc to nie moja siostra – mruknęła Adelaide, dobitnym głosem. … Siostrami? Ed rozdziawił usta, opanowując się po krótkiej chwili. - Hę? Czy ja się przesłyszałem? – Zapytał zmieszany. Bladoskóra zerknęła w jego stronę lodowatym wzrokiem, aż ciarki przeszły mu po plecach. Azmaria wpatrywała się w nich, w skupieniu, z poważna miną, jakby udzieliła jej się atmosfera. - Skoro mnie nie pamięta, skoro nie pamięta nic z dzieciństwa… to już nie jest moją Azmarią – odpowiedziała czarnooka, wahając się lekko, a jej oczy zaszkliły się dziwnie. Sama nie wiedziała czemu tak mówi, ale… coś w tym musi być. - Nie wierzę… - jęknął alchemik, kiwając głową, jakby z dezaprobatą. – Przecież to JEST twoja siostra! - Nie, nie jest. – Odpowiedziała czarnowłosa, odwracając się na pięcie. - Nic tu po mnie. – Podeszła do lekko zdziwionego Peina, obejmując go w pasie. Po chwili rozpływając się, wraz z Liderem, jak zwykle zostawiając po sobie tylko smugę szarego dymu o zapachu siarki. - Az zrobiła coś źle? I jaka siostra…? Edo! – Azmaria wlepiła wzrok w zszokowanego alchemika, który próbował pojąć, dlaczego Adelaide wyrzekła się siostry. A białowłosa wyczekiwała cierpliwie odpowiedzi z jego strony. *** - Zupełnie cię nie rozumiem, serio – mruknął Lider, układając papiery, jak to miał w zwyczaju, a czarnowłosa przyglądała mu się tylko w zamyśleniu. - Proszę cię, zamknij się już – burknęła, co jeszcze bardziej zadziwiło Pein’a, choć powiedzmy, że pozytywnie, oczywiście jeśli chodzi o sprawę z Azmarią, była tylko przeszkodą, a teraz, cóż, stała się zupełnie nieszkodliwa, i nic nie znacząca. Jak na razie… „Ale weź zrozum kobiety” – pomyślał rudowłosy, wzrok przenosząc na ogromne okno, za którym rozciągał się naturalny krajobraz. Tak, powtarzał to wiele razy, bo rzeczywiście, płeć przeciwną trudno zrozumieć i to w obu przypadkach. - Wyglądasz na zmęczoną – stwierdził nagle Lider. – Idź spać. – Druga część zdania była raczej poleceniem, a Aide przytaknęła i wstała, podeszła jeszcze do swojego Pein’a i pocałowała go „na dobranoc”, mozolnie kierując się w stronę korytarza. - Miłych snów – rzucił jeszcze rudowłosy, nim dziewczyna znikła, zamykając białe drzwi, z cichym, typowym trzaśnięciem. Szczerze mówiąc, Adelaide zwlekała z pójściem do pokoju, jak najdłużej się dało, nie za bardzo cieszyła się na spotkanie z Lucyferem… komentarze [0] „I mam ten swój szczery uśmieszek, za który chciałem oddać duszę.” >> wtorek, 20 maja 2008 00:21:11 Komentarz autorki:Nie wiem, no, mało teog jest, to pewne. Ale mniejsza. Dedykacja dla mojej inspirującej Szejdi! :3 Azmaria leżała wtulona w Ed’a. Drzemała lekko, zagłębiona w półśnie. Przy swoim Edo, jak już nauczyła się go nazywać, czuła się jakoś… określić tego nie umiała. Jeszcze nie. Niemniej jednak, był na pewno kimś wyjątkowym, tylko na razie nie za bardzo wiedziała jeszcze, czemu… Blondyn siedział spokojnie, czule głaszcząc dziewczynę po włosach. - Ona jest tak zimna, zupełnie jakby… - wzdrygnął się na samą myśl, spoglądając na brata. Uśmiechnął się smutno, gdy wyłapał jego spojrzenie. Saito obudziła się, poruszona delikatnym wstrząśnięciem. Ziewnęła, z piskiem, niczym pies, który właśnie leżał w kącie, bacznie obserwując swą właścicielkę. Wlepiła swoje dwukolorowe oczy w oblicze alchemika i przekrzywiła delikatnie głowę. - Az zimna? – Mruknęła pytająco, z dziecięcym zaciekawieniem. - Ehę. – Odparł krótko Ed. Złapał delikatnie jej dłoń i przyłożył do swojego policzka. – A ja jestem ciepły, w przeciwieństwie do ciebie – objaśnił, najprościej jak potrafił. Ale białowłosa szybko się uczyła, czasem można powiedzieć, że aż za szybko. Al, przyglądał się temu. Ze smutkiem. Nie wiedział do końca, kim Azmaria jest dla jego brata, do czasu, gdy mu o tym nie opowiedział, a teraz czuł jakby… poczucie winy. Gdyby nie on, przecież wszystko byłoby okej… Edo posłał swemu bratu spojrzenie pełne dezaprobaty, zupełnie jakby czytał mu w myślach. - Edo jest ciepły – mruknęła dziewczyna, analizując wszystko. – Ale… - miała pewne wątpliwości. Ostrożnie wyciągnęła rękę i po chwili położyła ją na metalowej protezie. – Tu… nie – dokończyła z trudem, przekrzywiając głowę, tym razem w prawą stronę. - Wyjaśnię ci to innym razem… - szepnął cichutko złotooki, a jego oczy zaszkliły się mocno. Już od kilku dni się nie uśmiechał, nie szczerze…, bo po prostu nie umiał. - Edo, nie! – Zaprotestowała nagle, a Ed zerknął na nią z zaskoczeniem. – Nie bądź… mew… - chciała zacytować młodszego brata Ed’a, ale… nie mogła sobie przypomnieć tego słowa. Zerknęła błagalnie w stronę Aru, w jej oczach rozbłysnęło coś w rodzaju… rozpaczy? - Smutny? – Odezwał się w końcu chłopak, a Saito pokiwała energicznie głową, na znak potwierdzenia. Przytuliła się do alchemika, z taką siłą, że aż „zmusiła” go do położenia się na łóżku. - Mew! – Pisnęła smutno, co miało chyba oznaczać „ja nie chcę!”, tylko w tej chwili nie za bardzo umiała dobrać to w słowa. *** - Przyznaj, nie jesteś jeszcze gotowa, nie? – Zapytał Lucyfer, przyglądając się czarnowłosej piękności, choć tego określenia za bardzo dopuszczać do siebie nie chciał. Pan piekieł popadł w dziwny stan, jakiego jeszcze nigdy nie zaznał. Dobrze wiedział, co to było, ale do tego przyznać się nie chciał, więc nie przyznawał. Tak było łatwiej, dla niego i dla niej. Zresztą, nadzieję też odrzucił. - Hm… - mruknęła, by przedłużyć czas na namyślenie się. – Szczerze? – Dokończyła, przekrzywiając lekko głowę, jakby niepewnie. -No, chyba po to się pytam, nie? – Demon przewrócił oczami, co dało się wyłapać tylko dzięki ruchom światła na jego czarnych ślepiach. - No, to moglibyśmy jeszcze poczekać z tym treningiem, odrobinkę… - szepnęła, niepewnie. Jej szara skóra skutecznie odbijała promienie słoneczne, przez co wyglądała niczym duch. Lub anioł. Jak kto woli. Lucyfer wyglądał podobnie, to trzeba przyznać. - Okej – władca piekieł nadal siedział w fotelu, wpatrując się w dziewczynę. – Poczekamy do jutra. Adelaide westchnęła, składając ręce na piersiach. - Opłaca się przedłużać? – Zapytała po chwili ciszy, zakłócanej odgłosami żyjącego miasta. - Skoro nie jesteś gotowa, nic nie wskóramy, tylko sobie zaszkodzisz – oszacował płomiennowłosy, zapalając kolejnego papierosa. - No, może i tak – Moreau wyjrzała przez okno, po raz kolejny. Wiał dość zimny wiatr, tak, w Akumu pogoda byłą o wiele bardziej sprzyjająca, czy też przyjazna, tam temperatura, nie licząc oczywiście okresu zimowego, nigdy nie spadała poniżej dwudziestu stopni. A tutaj? Nigdy nie była wyższa, niż w „Koszmarze”. Przynajmniej krajobraz był przyjazny, choć zmodyfikowany przez człowieka. Na pierwszym planie rozciągały się domki, takie jak te, w którym mieszkała ze swym stróżem. Wszędzie było pełno zieleni i alejek, wyłożonych kamieniami. Dalej przebiegała ulica, niezbyt ruchliwa, jednak dzieliła osiedle mieszkanek z bardziej ucywilizowana częścią miasta, która w nocy zawsze była oświetlana przez dosłownie miliony światełek, które swoje pochodzenia miały różne, niektóre były to zwykłe światła żarówek w domu, inne biły od szyldów reklamowych… wyglądało to wręcz pięknie, zwłaszcza, gdy na niebie widniał tez Księżyc w pełni, taki jak wczoraj. Wszystko to przypodobało się władczyni Cieni, a raczej Cienia, tak bardzo, że zapragnęła wyjść na spacer. Cóż, z tym chyba nie było problemu… - Lucyfer – zaczęła uśmiechając się lekko do siebie. Zerknęła w stronę czarnookiego, który speszył się lekko, wzrok wbijając w biały sufit. – Możemy się przejść, na miasto? Wieczorem – poprosiła, choć brzmiało to bardziej jak propozycja. Lucke uśmiechnął się lekko, w zadumaniu. - Pewnie, gdzie tylko zechcesz – odparł, a bladoskóra rozpromieniła się jeszcze bardziej, uśmiechając się już normalnie. „I mam ten swój szczery uśmieszek, za który chciałem oddać duszę.” komentarze [0] "- Oddałbym swoją duszę, za twój jeden szczery uśmiech…" >> niedziela, 18 maja 2008 18:49:30 Komentarz autorki: A co ja będę przynudzać, co? - Za jakie grzechy? Dlaczego akurat do ciebie mnie przydzielili? – Narzekała białowłosa Azmaria, lustrując wzrokiem fioletowowłosego chłopaka o niebieskich tęczówkach. - Ej! Czuję się urażony – mruknął cichutko Rey, przybierając dziecinną, obrażoną postawę. - I dobrze – syknęła Saito, obracając się na pięcie. Odeszła kilka metrów dalej, obserwując dziewczynę, która miała doprowadzić ją do właściwych ofiar. Chłopak w mgnieniu oka znalazł się przy niej. - Kurwa! – Zaklęła, wzdrygając się mocno. – Czy mógłbyś spróbować chodzić jak normalny człowiek, czy musisz ciągle tą swoją szybkość wykorzystywać? - Czemu ty się na mnie wyżywasz!? Nie moja wina, że ten twój… Edo jest niezdolny do pracy i zabijać nie umie – syknął homunkulus, mrużąc lekko oczy. - Przymknij się – mruknęła uderzając go pięścią w ramię. Od razu pożałowała. Skuliła się, trzymając za zgiętą dłoń, a z jej ust wylał się potok najróżniejszych przekleństw. - Tym razem to nie moja wina! – Mruknął fioletowowłosy, przyglądając się dziewczynie. Rzeczywiście, nie jego. Azmarii często zdarzało się zapomnieć, że Rey jest niczym mosiężny posąg. Jak pech to pech… *** Lucyfer siedział na krześle, wpatrując się w czarnowłosą dziewczynę, czekał na odpowiedni moment, by zakomunikować jej, iż zabiera ją na Hokkaidō, mroźną wyspę, na północ od Akumu, właściwie, to niezbyt wymarzone miejsce dla Pani Ciemności, acz miał nadzieję, że się, choć troszkę ucieszy. On sam odczuwał jakąś dziwną odmianę radości… może, dlatego, że mieli być sami? I mogliby odpocząć od Pein’a… bardziej wiarygodny był pierwszy powód, choć nie był do końca wiarygodny. Mieli pojechać by trenować Cienie… - No, co się tak patrzysz? – Zapytała Adelaide, nie wrogo, jednak tak można by to zinterpretować, gdyż na jej twarzy nie widniał uśmiech, a grymas, głos był dziwnie ochrypły i bezwyrazowy. Była zdenerwowana i lekko zdołowana, gdyż Lider nie chciał zabrać ją na misję i pokłóciła się z nim jeszcze bardziej, jednak w końcu odpuściła. Straciła ochotę na wszystko. Demon zlustrował ją bezwyrazowym wzrokiem, bo z czerni jego oczu nie dało się wyczytać zupełnie nic, co czasami bywało irytujące. Jeśli ktoś się im przyglądał odnosił wrażenie, jakby zaraz miał w nich zatonąć, niczym w palącej smole. Dlatego większość tego wzroku unikała… Jego świat wcale nie był taki wesoły, czy kolorowy. Szarość, czerń, biel i czerwień. Jedyne kolory, które widział w świecie ludzi. Nieraz wprowadzało go to w dość ponury stan, bo chciałby widzieć więcej, a tak jedyną osobą, którą widywał w barwach odpowiednich była Aide, ale dobre i to. Nigdy nikomu nie mówił o tej swojej jednej słabości. - Lucyfer? – Władczyni Cieni potrząsnęła nim lekko. – Co jest? - Jedziesz ze mną do Hokkaido? – Zapytał, przekrzywiając lekko głowę. - Hę? – Zamyśliła się na chwilę, a przez jej oczy przeszedł dziwny błysk. – Z tobą? – Powtórzyła cicho i swym zdziwieniem, nieświadomie uraziła demona. - Na trening – mruknął, zniechęcony już nieco. - No, tak, tak, domyśliłam się… - mruknęła, zagłębiając się we wspomnieniach. Już kiedyś tam była. Na ostatnich wakacjach z rodzicami… Jej twarz przybrała teraz smutny wyraz, a w czerwonej tęczówce pojawiło się coś na rodzaj bólu. Lucyfer źle to zinterpretował. - Jak nie chcesz, to oddam bilety… - mruknął, spuszczając lekko głowę. Jego płomienne włosy zakryły częściowo czarne oczy. Całe szczęście nagle wyparowało. Bilety kupił tylko dlatego, że chciał to załatwić „po ludzkiemu”, a nie w swój demoniczny sposób, jakim była zwykła teleportacja. Jeśli zwykła, to dobre określenie. - Nie, no, coś ty… - szepnęła dziewczyna, przyglądając się przyjacielowi. – Pojadę z tobą! – Zadecydowała już nieco bardziej ożywionym, choć fałszywym, głosem. Demon stróż już się nie uśmiechnął. - Oddałbym swoją duszę, za twój jeden szczery uśmiech… - rzucił nagle, spoglądając na bladoskórą. *** - Będziesz tak leżeć do końca życia? – Syknęła Azmaria, zdejmując zakrwawiony i podziurawiony sweter. Blondyn nie odpowiedział, wpatrywał się tępo w sufit, zachowywał się tak, jakby nic do niego nie docierało. - Czyli straciłam mojego Edo? – Powiedziała już nieco ciszej. Położyła rękę na jednej z ran, ulokowanej na ramieniu. W jej oczach pojawiły się łzy; zachciało jej się płakać i to nie z powodu bólu, jednak zdusiła to w sobie. Różnooka zacisnęła mocno pięści, do tego stopnia, że aż zbielały jej palce. - Tak się z tym źle czujesz?! – Krzyknęła nagle. – Więc okej! Ożywię tego palanta i sama go zabiję! Nie wiem, po co taki ktoś, jak ty, kundlom potrzebny. „Najmłodszy Państwowy Alchemik”. Też mi coś! Blondyn zerknął nagle w stronę swojej dziewczyny. - Ożywisz…? Nawet o tym nie myśl! – Zaprotestował, krzywiąc się. - Ty to sobie dużo możesz – warknęła, miała zamiar wstać, ale Alchemik złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie, przytulając. - To byłaby już totalna głupota – szepnął, z wyczuwalnym bólem w głosie. - I tak muszę wykorzystać Kamień. – Przeklęła się w myślach. Zagalopowała się za bardzo… - Kamień… filozoficzny? – Wydukał Ed, lekko odsuwając od siebie Azmarię. Spojrzał w jej różnobarwne tęczówki, upewniając się, że nic się jej nie pomyliło. Odpowiedziała mu cisza, a i samego Ed’a zamurowało. Az zdobyła już Kamień po raz drugi, podczas gdy on jeszcze ani razu, bo po prostu nie nadawał się do zabijania. A Az, no cóż, wymarzona maszynka do zabijania… szybko odpędził od siebie tę myśl, poczuł się trochę głupio, jak mógł tak nazwać miłość swojego życia? - Tylko ty go oczywiście nie chciałeś! – Wydusiła wreszcie z wyrzutem, strzepując jego dłonie ze swych ramion. – Cieszę się, że jesteś przy mnie, ale czuję się też odtrącona… nigdy nic mi nie mówisz, nigdy nie mówisz, że coś cię… i niczego ode mnie nie chcesz! - Załkała już ciszej, zmieniając zupełnie temat, a jej oczy zaszkliły się ponownie. Nawet nie wiedziała jak bardzo rani Ed’a, który przecież nie chciał, żeby się tak czuła… *** - Wyjeżdżam! – Zakomunikowała Adelaide, spoglądając prosto w ponure tęczówki Lidera. Wyraz twarzy miała zacięty, ale aż taka pewna siebie nie była… - Nie – syknął Pein przez zaciśnięte zęby. Dosłownie się w nim gotowało. Kolejna fala gniewu bezgłośnie rozeszła się po umięśnionym ciele. - Nie przyszłam po pozwolenie – zakomunikowała pewnie, i odwróciła się na pięcie. – Ja tylko informuję. – Dokończyła dobitnym tonem głosu. Pein, nie namyślając się nad swoim zachowaniem, złapał ją za ramię, tak mocno, że skrzywiła się z bólu. - Nie jedziesz! – Syknął, mrużąc groźnie oczy. Nie zrobiło to zbytniego wrażenia na bladoskórej. Wyrwała się jednym silniejszym ruchem, a z jej ust wydobyło się głuche syknięcie, przesiąknięte niezadowoleniem. - Jeśli nie chcesz mnie stracić, to się lepiej zastanów, co ty odpierdalasz! – Krzyknęła, nie spoglądając już nawet na niego. Wyszła, trzaskając drzwiami z impetem. A Lider stał pośrodku swego gabinetu, ogłupiały. Musiał przeanalizować to, co zdarzyło się przed chwilą i sam stwierdził, że nieco przesadził. Nieco? Dobre sobie. *** Adelaide stała już przed drzwiami jednego z białych domków. Lucyfer zadbał o należyte zakwaterowanie. W ogóle, zadbał o wszystko. Temperatura wynosiła ok. dwudziestu stopni Celsjusza, acz była to temperatura bardzo wysoka jak na ten region. - Sapporo… ciekawie tu – mruknęła Aide, rozglądając się. Lucyfer wyszczerzył się w samozadowoleniu, otwierając drzwi domu. Krajobraz podobny do tego w Akumu, jednak tutaj wszystko było bardziej rozwinięte, acz roślinności nie brakowało. Od strony morza, które jednak nie znajdowało się blisko, wiała chłodnawa bryza. Tu wszystko wyglądało jakoś tak uroczo i optymistycznie, a humor poprawiało dodatkowo wiszące nad miastem słońce, dzielące się swymi ciepłymi promieniami. Moreau stała jeszcze chwilę, lustrując wzrokiem okolice, w końcu jednak zatrzasnęła za sobą drzwi ponaglana mroźnym wiatrem… komentarze [0] "Misja się nie powiodła, ale to nie ty to spieprzyłaś..." >> środa, 14 maja 2008 19:17:52 Dedykacja: Oczywiście dla mojej kochanej, najwspanialszej na świecie siostry Szejdi. I dla Hiro też. (Normalnie, wiecie jak ja was kocham? ;w;) Komentarz autorki: Kto mi powie jakim cudem człowiek może pisać aż tak chaotycznie i dennie? No, cholera! Albo ja mam kompleksy, albo inni nie mówią co naprawdę myślą o moich ff'ach... ;3; No, i pewnei nie jest tak napisane, jak sobie to Szejdi wyobraziła, ale okej, poddaje się! Czytajcie... Muzyka: Steve Conte - Heaven's not enough *** Azmaria siedziała w pokoju, już w swoim rodzinnym mieście, przyglądając się czaszce swojego ojca i brały ją wyrzuty, bo w końcu, jaka normalna nastolatka zabiłaby własnego rodzica? I w tym tkwił problem. Ona nie była normalna. Była homunkulusem płci żeńskiej, z niezwykłymi lodowymi mocami, a na dodatek cierpiała na heterochromię, czyli różnobarwność tęczówek. I kochała swoje dość nietypowe hobby – zabijanie. A, i można by dodać do tego jeszcze kolor włosów i… mnóstwo innych rzeczy. „Jestem po prostu wymarzoną dziewczyną dla Ed’a” – pomyślała ponuro, wzrok przenosząc na szklaną barierę, która dzieliła ją od ponurego krajobrazu leśnego, spróbowała skierować swoje myśli na trochę inny tor. Bezskutecznie. Chyba pierwszy raz w życiu zapragnęła być sama, zupełnie sama… - Ej, no, Az! Powiesz w końcu co się stało…? – Zapytał blondyn, siedzący naprzeciwko dziewczyny, przekrzywiając lekko głowę. - Mówiłam już, misja. – Odburknęła cicho, krzywiąc się lekko. - Tylko? – Dociekał dalej, a na twarzy różnookiej pojawił się jeszcze większy grymas, zza zaciśniętych zębów wydobyło się coś w rodzaju głuchego syknięcia. - Tak, tylko. Złotooki był wyraźnie zaskoczony taką reakcją, dał za wygraną i pomachał bezradnie głową. W pokoju zapadła cisza, której nikt nie przerwał, przez dłuższy czas. Nagle rozległo się pukanie. Saito podniosła się obojętnie, acz energicznie i podeszła do drzwi, otworzyła je jednym, mocniejszym ruchem. Otworzyła szerzej oczy, ze zdziwienia. - Pr… znaczy M-Marszałek!? – Cofnęła się lekko, w głąb korytarza. - Chciałem ci tylko coś przekazać. – Mruknął obojętnym tonem i podał białowłosej średniej wielkości pakunek, niedbale owinięty szarym papierem. - Nie wykonałaś, co prawda, najważniejszej misji, ale… - ściszył nieco ton głosu, zauważając obecność Elrick’a. – Ojciec się niecierpliwi, i chce, żebyś jak najszybciej otworzyła bramę – dokończył cichym mruknięciem. Azmaria zadrżała lekko, poczuła jak po plecach przeleciał jej zimny dreszcz. - A- a… więc, t-to, jest… - z niewiadomych przyczyn nie mogła się wysłowić. Przyjrzała się ściskanej w ręku paczce. – Cholera…ilu wy musieliście…? – Nie musiała kończyć, czarnowłosy od razu wiedział, o co chciała zapytać. - Pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć – uśmiechnął się miło, a Saito pokiwała głową z niedowierzaniem. - Używaj tego rozsądnie – rzucił homunkulus, kierując się w stronę swojej limuzyny. Az nieświadomie wpatrywała się przed siebie, przez dłuższy czas, mimo iż samochód odjechał. Z zamyśleń wyrwał ją dopiero delikatny głos Ed’a. - Co się stało? – Zapytał ostrożnie. Dziewczyna otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie umiała odpowiednie dobrać słów, bo chciała w końcu zapytać Ed’a, czy skorzystałby z Kamienia… ale po prostu zaniemówiła. Z lekkiej opresji wyratował ją Gaikotsu, wbiegający do domu, z wesołym szczeknięciem. Zielony zombie wrócił właśnie z jednego ze swoich dłuższych spacerów. - Nic – wykrztusiła w końcu białowłosa, nie zabrzmiało to zbyt wiarygodnie, a najbardziej widoczny był fakt, że Edo niezbyt w to uwierzył, ale w końcu, tym razem, nie kłamała. Nie stało się nic, kompletnie. Po prostu dostała obiecaną nagrodę… *** Aide zemdlała, a Cienie przybrały częściową kontrolę nad jej ciałem, jednak wystarczalne byłoby przebudzenie czarnowłosej, a wszystko wróciłoby do normy. Tymczasowo, ale tym razem Cienie nie wskazywały chęci niszczenia, przynajmniej niszczenia otoczenia. Za to nieświadomie, wręcz instynktownie obrały nowe cele, o wiele ciekawsze. - No, no, nieźle – podsumował Envy, zgryźliwym tonem głosu. Przekrzywił lekko głowę, ziewając ze znudzeniem. - Nigdy nie lekceważ wroga – przypomniała mu Lust, która przyglądała się wszystkiemu, opierając o maskę jakiegoś z samochodów, a dokładniej czerwonej ciężarówki. Cienie, pod postacią Adelaide, zerknęły w stronę homunkulusa płci żeńskiej i wydały z siebie głuche syknięcie. Miały dostęp do każdych wspomnień czerwonookiej, zresztą i tak jej towarzyszyły, a „sztuczni ludzie” niezbyt pozytywnie się kojarzyli. Jeśli „niezbyt” to dobre określenie. - A, tak poza tym, zbliża się rozwścieczony chłopaczek tej małej – Lust wskazała jednym ze swoich szponów w stronę bladoskórej. - No, wreszcie jakaś rozrywka! – Krzyknął Envy z nieukrywanym entuzjazmem i dziwnym, wręcz przerażającym optymizmem. Czarnowłosa się nie myliła, czekać zbyt długo też nie musieli, bo do akcji wkroczył Pein, w pojedynkę, bo nie miał wątpliwości, że poradzi sobie z tymi zdradliwymi istotami, czemu by nie? W końcu to jego nazywali „Bogiem”. Ale czymże byłby Bóg bez swojego Anioła? Jednak ów Anielica była w tym momencie ‘niedysponowana’, odcięta od tego świata. Ogólnie odcięta od wszystkiego, pogrążona w świecie, w którym panowała nieprzenikniona ciemność, która tak strasznie napawała ją lękiem, ale teraz nie odczuwała go. Nie, nie odczuwała niczego. Było tak, jakby przestała istnieć, tak jak podczas snów, choć jej ciało nadal było namacalne, żywe. Ruszała się, oddychała. Rudowłosy nie powiedział nic. Zerknął na czarnowłosą, której oczy rozbłysnęły przejmującą żółcią. „Kurwa” – zaklął w myślach, zaciskając mocno pięści, tak mocno, że aż zbielały mu od tego palce. - No i co, będziemy tak stać…? – Mruknął smutno Envy. I w tym momencie ciało Aide, kierowane Cienistymi, rzuciło się w jego stronę, Pein nawet nie zdążył powstrzymać tego odruchu. Zielonowłosy wylądował na czerwonej masce ciężarówki, o którą opierała się Lust, odrzucony ogromną siłą uderzenia. Zaklął cicho, podnosząc się z powyginanego metalu, lecz na jego twarzy wciąż trwał kpiący uśmieszek. - Czego się szczerzysz? – Syknął Pein, przygotowując się o ataku, który powinien, jak przypuszczał, po prostu wykończyć tego wkurwiającego chłopaka. Jednak nim zdążył wykonać ruch rękoma, zielonowłosy przemienił się w Alchemiczkę, zwaną Azmarią Saito. W Adelaide coś drgnęło. - No to dawaj! – Po chwili dało się słyszeć pewny siebie głos białowłosej, która stała w miejscu, szeroko rozkładając ręce. – Rób ze mną co chcesz. Wśród Cieni powstało małe zamieszanie, zaczęły powoli ustępować, pozwalając na przebudzenie czarnowłosej. Żółte oczy, a przynajmniej to ”zdrowe”, znów powróciły do normalnej postaci, ludzkiego oka z czerwoną tęczówką. - Gomen – mruknęła do rudowłosego Lidera, opadając delikatnie na ziemię. Ten czas, choć krótki, przebywania pod kontrolą Cieni wysysnęło z niej wszystkie siły, dosłownie. To wszystko działo się tak szybko, że zdezorientowało nawet Pein’a, co było dość rzadkim zjawiskiem. Wykonał kilka ruchów ręką i obok niego pojawiło się jedno z jego ciał, a mianowicie chłopak z długimi włosami, zaczesanymi w kucyk, który od razu ruszył w stronę przyszłych ofiar. Natomiast sam Lider udał się w stronę, próbującej uregulować swój oddech, dziewczyny. Wziął ją na ręce i zerknął w stronę chłopaka, by sprawdzić jak sobie radzi, cóż, szło mu całkiem nieźle, choć zdziwił się, że walczy jedynie z Lust. Envy siedział na masce samochodu, obserwując wszystko z niemalże dziecinną ciekawością. I w końcu stało się to, co powinno się stać już kilkanaście minut temu; czarnowłosa, z głuchym syknięciem, padła na ziemię. Jej oczy przeszły z krwistej czerwieni w wyblakłą czerń, nie „rozpłynęła” lub też „rozłożyła” się jednak, tak jak reszta pokonanych. - Niedobrze, oj niedobrze… - stwierdził cicho Envy. Wziął czarnowłosą na ręce, tak samo jak wcześniej Pein postąpił z Aide. Po chwili obok niego pojawił się chłopak o fioletowych włosach, złapał Envyego za rękę i zniknął, równie szybko, jak się pojawił. - A niech to szlag! – Mruknął Pein, a długowłosy zniknął, zostawiając za sobą dobrze rozpoznawalną strugę dymu. - Pein, przepraszam… nawaliłam! – Szepnęła cicho czerwonooka, z lekkim smutkiem w drżącym głosie. - Ty serio jesteś… a, nieważne – Lider odstawił ją delikatnie na ziemię, i pokiwał głową, jakby z niedowierzaniem. – Misja się nie powiodła, ale to nie ty to spieprzyłaś – oznajmił. Księżyc przybrał barwę czerwieni, a otaczająca go osłona z kruczych chmur przybrała złowrogi kolor, wyglądało to niczym apokalipsa wśród ptaków. A jednak, to tylko ciemne obłoki na nocnym niebie… komentarze [0] - Ej, ale nie to miałam na myśli! >> sobota, 26 kwietnia 2008 21:56:36 Dedykacja dla mojej siostry kochanej. :3 I to na tyle, chyba, no, nieważne. xD' I to normalnie sukces, nie napisałam, że nie wyszło! No, powiedzmy... ----- Azmaria otarła wierzchem dłoni krew lecącą z rozwalonej wargi. „Do zapamiętania – NIGDY więcej nie sprzeciwiać się Ojcu.” Westchnęła bezwyrazowo, sięgając po klucze, dopiero teraz, orientując się, że ich… nie ma. Po prostu, musiały jej gdzieś wylecieć. Zaklęła pod nosem, stając tuż przed drzwiami swojego domu. Dopiero teraz zorientowała się, że ktoś jest w środku, zdradzając swą obecność zapalonym światłem. - Nieee no, ja to mam zajebiste szczęście! – mruknęła pod nosem, zaciskając lekko pięści. Nagle usłyszała szczekanie, to typowe ujadanie Gaikotsu. Cofnęła się odruchowo, jak na złość potykając się o własne nogi, akurat w momencie gdy nieudolnie próbowała złapać równowagę drzwi od domu otworzyły się, na chwilę oślepiając ją jaskrawym światłem z przedpokoju. - Az? – szepnął Ed, jakby niepewnie, a nawet i nieśmiało. - Co ty tu robisz? Kur… – syknęła białowłosa, przerywając w wypowiadaniu ostatniego słowa, łapiąc wreszcie odpowiednią równowagę. Poczuła, że jej oczy robią się mokre od łez, nie pozwoliła jednak, by kropelki spłynęły po jej lodowatych policzkach. - Czemu mi nic nie powiedziałaś? – zapytał chłopak, już nieco pewniej, podchodząc do niej. Wyciągnął z kieszeni wymiętoszony list. Białowłosa otworzyła szerzej oczy i zerknęła ukradkiem w stronę Gaikotsu, siedzącego na schodkach. - Gdybym była z tobą, to bym nawet spać nie mogła…, bo Oni…, bo… - jej głos załamał się pod koniec wypowiedzi. Nie, nie mogła już wykrztusić z siebie żadnego dźwięku. Właściwie, to kolejny raz w swoim szesnastoletnim życiu nie wiedziała co zrobić, więc stała. Stała i ryczała, jak małe dziecko, robiła coś, czego wręcz nie trawiła. - Przepraszam, Edo. Nie powinnam była tak tego załatwiać…, ale… ja już nie mogłam dłużej, żyć w przekonaniu, że w każdej s-sekundzie mogę być świadkiem twojej… - wzdrygnęła się na samą myśl o śmierci, nie była zdolna do wypowiedzenia tego słowa. Oczy blondyna zabłyszczały, prawie bezszelestnie zbliżył się do dziewczyny i przytulił ją do siebie, a ta oparła głowę o jego pierś, wtulając się mocno. - I tak… i tak wszystko spieprzyłam, bo nawet, jeśli nie było mnie przy tobie… Oni i tak chcieli cię… zabić, przede mną – mówiła z trudem, jakby każde słowo było sztyletem wbijanym w jej ciało. Złotooki głaskał Az po głowie, delikatnie aczkolwiek czule. - A ty znowu siebie obwiniasz…? To przecież nie twoja wina! Przyznam, nie postąpiłaś najlepiej, ale… - alchemik przerwał nagle, starając się dobrać odpowiednie słowa, których odnaleźć jednak nie mógł. Stali, więc wtuleni w siebie przed nowym, tymczasowym domem białowłosej, w niedokładnej ciszy… - Powinnam się nie narodzić… *** Adelaide patrzyła na Lucyfera, który kręcił się nerwowo po pokoju, przeklinając pod nosem. - Powiesz, co się w końcu stało, czy mam dalej zgadywać? – czarnowłosa przekrzywiła lekko głowę, z ciekawością wymalowaną w krwistych tęczówkach. - Ookamu próbuje przejąć władzę absolutna nad Piekłem! – syknął, zatrzymując się na chwilę. - Hę? Jak to? I jaki znowu Ookamu…? – Aide nie ukrywała zdziwienia, myślała bowiem, że tylko Lucek może władać Piekłem… nawet, gdy jest z nią. - Chyba muszę mieć jakiegoś zastępcę, nie pomyślałaś? Przecież przez cały czas próbuję cię bronić! – usiadł w końcu na kanapie, wzdychając lekko. Podniósł wzrok, wlepiając go w idealnie biały sufit. Tak idealnie biały, że aż dziwny. – I właśnie ten zastępca, czyli Ookamu stara się opanować Piekło – płomiennowłosy zacisnął mocno pięści, tak, że nadgarstki koloru szarego przybrały odcień sufitu. - Nie możesz na to nic poradzić…? – zapytała Moreau, przekrzywiając lekko głowę. - Mogę, ale wtedy musiałbym cię zostawić… - szepnął, już nieco spokojniej, przynajmniej takie sprawiał wrażenie. - Możesz to zrobić, a nawet i musisz, w końcu Pein ze mną będzie – bladoskóra uśmiechnęła się, najbardziej zachęcająco, a przy tym i zniewalająco, jak tylko potrafiła. - Cholera, zaraz mnie szlag trafi! – syknął, choć zapewne miał zamiar zachować to dla siebie. - Co ci znowu nie pasuje? – dziewczyna przybrała posępną minę. - Nic – syknął, starając się uspokoić. – Tylko, że Pein się tobą zaopiekować nie potrafi. - Jak cię nie było, to też się miałam dobrze, a jedna wpadka to nic takiego, tobie też się zdarzyła – zauważyła słusznie, aczkolwiek zgryźliwie. - Czyli ci jestem niepotrzebny? - Tego nie sugeruję, jednak o pomoc nie prosiłam. - No, po prostu świetna jesteś! - Dziękuję za komplement – syknęła cynicznie czerwonooka. - Dobra, już dobra, nie kłóćmy się… - Lucyfer dał za wygraną, już i tak miał za dużo na głowie, a brakowało mu jeszcze do tego kłótni z Adelaide. - Jakiś ty wspaniałomyślny – mruknęła. - Dzięki, że przynajmniej to zauważyłaś – syknął czarnooki, wstając. - A skoro nie jestem ci potrzebny, żegnam – demon zniknął, zostawiając za sobą czarną smugę dymu, o zapachu siarki. - Ej, ale nie to miałam na myśli! – powiedziała Aide, której odpowiedziała wymowna cisza. - Serio… - spojrzała ze smutkiem w stronę, gdzie przed chwilą stał płomiennowłosy. *** - Nie ma go? – zapytał Pein, dla pewności. Aide pokiwała smętnie głową. Rudowłosy zaśmiał się cicho, na chwilę przenosząc wzrok w stronę czarnowłosej. – Lepszej wiadomości usłyszeć nie mogłem – wyszczerzył się lekko, po swojemu, więc nie był to uśmieszek należący do tych przyjemnych. - Mam nadzieję, że nie wróci – dodał po chwili. - Pein! – syknęła czarnowłosa. – On się starał pomóc tylko… - Po co? Masz mnie przecież, a ja… - nie dokończył, gdyż Aide przerwała mu: - „Wiem i umiem wszystko”. - Dokładnie. - Tya, ile razy już to słyszałam? - Wystarczająco, by zapamiętać. Bladoskóra ostentacyjnie przewróciła oczami, usadawiając się wygodniej w fotelu. - Ty to na wszystko masz odpowiedź, dosłownie… komentarze [0] „Snajper myli się tylko raz.” >> środa, 23 kwietnia 2008 13:17:04 Azmaria siedziała na łóżku w swojej czarnej sukience, chowając twarz w dłoniach. Nie była pewna, ale czy miała jakieś inne wyjście, niż dołączenie do homunkulusów? Otóż, nie. Rozmyślałaby zapewne jeszcze długo, lecz ktoś jej przerwał. - No, no, czyżbyś decyzję podjęła? – usłyszała czyjś głos. Na początku nie rozpoznała go, ale po chwili dotarło do niej, do kogo ów głos należał. - E-Edo…? – wydukała, zerkając w stronę blondyna. Ten zaśmiał się krótko, po chwili zamieniając w zielonowłosego chłopaka. - Łatwo cię oszukać – westchnął Envy, rozsiadając się wygodnie na fotelu. – Ty serio masz pecha, wszyscy, dosłownie wszyscy, cię zostawiają. - Przymknij się, okej? – syknęła, przez zaciśnięte zęby. Nie miała ochoty na wysłuchiwanie uwag ze strony homunkulusa. - Dobra, już dobra, spokojnie – zerknął prosto w jej dwukolorowe oczy. – Zdecydowałaś się? - A dacie mi jakiś inny wybór? – mruknęła bezwyrazowo. - Pewnie! Śmierć, to też jakiś wybór, no nie? - Ha-ha. Bardzo dowcipny jesteś – burknęła, wstając ostrożnie. – Tak więc, masz przy sobie ten Kamień Filozoficzny? – dodała po chwili. - Czy to oznacza zgodę? - A jak myślisz? – przewróciła oczami, krzyżując ręce na piersiach. - Ale wiesz, nie ma nic za darmo, to, że do nas dołączysz… to nie wystarczy – chłopak uśmiechnął się podstępnie. - To co do cholery mam jeszcze zrobić!? – na jej twarzy pojawił się wyraźny grymas. - Wyluzuj, tylko Bramę otworzysz, i okej będzie – odpowiedział fioletowo oki, wzdychając. Po chwili na jego twarzy pojawił się ten typowy dla niego uśmieszek. - „Tylko” – mruknęła niewyraźnie. – To ma być tylko? - Tyle Ojcu wystarczy. - Niech będzie. Jest tylko mały problem, ja do Ed’a NIE wrócę – szepnęła, a ton jej głosu przybrał raczej smutną barwę. – W ogóle, nie wrócę… - Nie martw się, Edo po ciebie przyjedzie, Gaikotsu już poleciał – zielonowłosy wstał niechętnie, i skierował się w stronę wyjścia. – Radziłbym ci się przebrać, a Kamień dostaniesz… wkrótce – mruknął jeszcze, nim zniknął za drzwiami. Azmaria stała otępiała, niczym porcelanowa laleczka. Po chwili jednak usiadła z powrotem na łóżku i chwyciła za przyozdobiony zeszyt i zielony długopis. Otworzyła na losowej stronie i zaczęła pisać. „Zgodziłam się na coś, za co połowa moich bliskich mnie znienawidzi. Stanęłam po stronie tego, który zabił moją siostrę, tego, który manipulując życiem Ed’a zatruł je. Hm, przypomniało mi się to durne powiedzenie: „Snajper myli się tylko raz.” No, i się chyba pomyliłam… szkoda tylko, że ja tak łatwo nie umieram. No, ale też nie jestem jeszcze aż tak zdesperowana, żeby się zabijać. Prawda? Wystarczy mi tylko zapewnienie, że sama nie… nie zostanę.” komentarze [0] "- A niech to wszystko szlag!" >> wtorek, 22 kwietnia 2008 22:03:59 Dedykejszyn dla mojej inspirującej Szejdi. :3 **** Adelaide wdała się w zajmującą konwersację z Peinem. Zresztą, nie ma się tu czemu dziwić, dawno nie rozmawiali. Ale „to co piękne nigdy nie trwa wieczne”, a sprawdziło się to i w tym przypadku – ktoś zapukał i otworzył drzwi, nie czekając nawet na pozwolenie wejścia do środka gabinetu. - Pein! – powiedziała Arielle, piskliwym, niepewnym głosem, podchodząc szybko do rudowłosego, wzrok wbiła w ziemię, tak by uniknąć niemiłego spojrzenia czerwonych tęczówek Aide. – Musimy pogadać. – Szepnęła, gdy znalazła się już dość blisko niego. - Kto tak twierdzi? – mruknął pomarańczowo oki, zerkając niechętnie na przybyłą dziewczynę. - Ja – odburknęła brązowowłosa, już nieco pewniej. – Mam coś dla ciebie, tylko musimy stąd wyjść – zerknęła z niechęcią na czarnowłosą, która syknęła ostrzegawczo. - Nie będziesz mi rozkazywać – warknął Lider, mrużąc złowrogo oczy. - Mam zapłatę – Arielle zachęcała dalej. Na słowo „zapłata” na twarzy Pein’a pojawił się uśmiech. Szeroki, kpiący, podły. Nie, to nie wróżyło nic dobrego. - Chodźmy więc – chłopak podniósł się bezgłośnie z krzesła, nie czekając na reakcję brązowowłosej wyszedł z pomieszczenia. - Kolejny podstęp? – warknęła głucho bladoskóra, krzyżując ręce na piersiach. - Nie twoja sprawa – odburknęła tęczowo oka, i zgrabnym krokiem, z wywyższającą się miną, opuściła gabinet. - Co za… - szepnęła do siebie Moreau, ktoś przerwał jej w pół słowa. - Suka – rzekł demon, oschłym głosem, pojawiając się tuż obok dziewczyny, która wzdrygnęła się mocno. - Wystraszyłeś mnie – mruknęła bladoskóra. - Sorry, myślałem, że się przyzwyczaiłaś wreszcie. *** Pein wyszedł na zewnątrz budynku organizacji. Wiedział już, co zrobi, gdy dostanie pieniądze, a ścian korytarza nie chciał sobie zabrudzić, za dużo roboty przy sprzątaniu, choć i tak nie on by sprzątał. - Więc? – zapytał, wyczekująco, gdy tęczowo oka podeszła do niego. – Gdzie pieniądze? – dodał po chwili, a na jego twarzy wymalowało się zniecierpliwienie. - Spokojnie, pogadajmy najpierw – mruknęła, uśmiechając się słodko. Tak słodko, że aż sztucznie, nawet w wykonaniu Arielle. - Jeśli nie dasz mi teraz kasy, stracę cierpliwość i cię po prostu zabiję – syknął Pein, tak grobowym tonem, że dziewczynę przeszły ciarki po plecach. Odsunęła się od Lidera o kilka centymetrów. - A- ale… - zająkała się. – Myślałam, że… - Nie obchodzi mnie, co sobie myślisz, a moja cierpliwość się naprawdę szybko kończy, zwłaszcza przy tobie. - Obiecaj mi jedno. - Co? - Jak dam ci pieniądze, staniesz się dla mnie milszy – poprosiła, prawie niedosłyszalnie. Rudowłosy przewrócił oczami, wzdychając głęboko i ponuro. - ‘key, ‘key, tylko się pośpiesz. Tęczowo oka, wyraźnie usatysfakcjonowana sięgnęła do kieszeni kurtki. Wyjęła dwa rulony pieniędzy i kartkę papieru. - Tu masz wszystkie dane plus numer konta, możesz resztę kasy wziąć, kiedy zechcesz – wyszczerzyła się, odsłaniając dwa rzędy bielących się zębów. Lider zwinnym ruchem odebrał zapłatę. Uśmiechnął się do siebie. Arielle nieświadoma jego planów odwróciła się tyłem, rudowłosy wykorzystał to, nie użył jednak żadnej broni czy mocy, po prostu popchnął ją w stronę drzewa, z którego wyrastała dość ostra gałąź, akurat na wysokości płuc. Zrobił to z taką siłą, że przeszła przez ciało, bez najmniejszego problemu, niestety dla obu stron – Arielle szybko nie umarła. - J… ja… jak mogłeś…? – wyszeptała, krztusząc się własną krwią, były to właściwie jej ostatnie słowa, bynajmniej ostatnie zrozumiałe słowa. Pein przewrócił oczami, odchodząc. „Upierdliwa nawet wtedy, kiedy umiera” – pomyślał, kierując się korytarzem w stronę swojego gabinetu. Akurat zahaczył, o Zetsu. - Zajmij się Arielle, przed bazą jest – rzucił Lider, bez najmniejszego zainteresowania, nie zatrzymując się. Nie za bardzo obchodziło go to, co stanie się z ciałem tej cholernie upierdliwej idiotki. *** Azmaria leżała na plecach w swoim pokoju. Właściwie, wszystkie pokoje w tym domu były jej. Homunkulusy nie dawały jej nawet sekundy wytchnienia, postawiły teraz na zamęczanie psychiczne, przeróżnymi opowieściami, planami i innymi tego typu. Tym razem najprawdopodobniej była kolej Envy’ego. - Czy ty mnie słuchasz? – zapytał swoim typowym głosem, przekrzywiając lekko głowę. Az podniosła się lekko, opierając głowę o rękę. - Nie? – burknęła na wpół przytomnie. Nie za bardzo świadoma była tego, co się dzieje. Nie spała, ale „wyłączyła się”, wytrzymała w tym stanie, aż do teraz. - Chcesz, żeby Ed żył? – zapytał zielonowłosy, a różnooka westchnęła cicho. - Oczywiście – mruknęła, krzywiąc się. - Więc dołącz do nas, a nie się buntujesz! – uniósł się zielonek. - A co z tego będę miała? - Damy ci spokój. - Mi spokój niepotrzebny. - Odczepimy się od twoich bliskich. - No, to już ciekawiej brzmi. - Plus, damy ci coś w prezencie – uśmiechnął się „po swojemu”. Ten typ uśmiechu budził w Azmarii coś jak… przerażenie? Po prostu, był dla niej aż nadto dziwaczny. - Hę? – mruknęła tępo, siadając na łóżku po turecku. - Kamień – podpowiedział fioletowo oki. Alchemiczka przekrzywiła głowę. - M- macie kamień? – wydukała, otwierając szerzej bezwyrazowe oczy. - Heh, a jak myślisz? - Dalibyście mi Kamień Filozoficzny…? TEN kamień? – mówiła, z głupawym wyrazem twarzy. - A co ci niby proponuję? – syknął zielonowłosy, wyraźnie poirytowany, niedowierzaniem dziewczyny. - Ale… zresztą, po co mi on…? – mruknęła ponownie, tym razem już bez większego zainteresowania. - O Edzie nie pomyślisz, co? – syknął Envy. - Ale, on i tak by go nie przyjął… poza tym, używanie Kamienia jest niebezpieczne – stwierdziła, z poważnym wyrazem twarzy. - Ale – zaczął homunkulus, wzdychając. – Ty byś mogła pomóc mu ciało odzyskać. I brata nawet. Jesteś w tym świetna. To ty byłaś najbliżej Prawdy, prócz Ojczulka oczywiście – zachęcał dalej. - Namyśle się – burknęła, nieustępliwie. – Daj mi trochę czasu… - Ubranie dla ciebie, wiesz, to nasze homunkulusowi, zostawiłem w przedpokoju, wiesz, jeśli się zdecydujesz – mruknął Envy, wychodząc z pokoju, bez większych ceregieli. Azmaria znów została sama. Czuła się z tym źle, bo obecność homunkulusa, to też zawsze było coś. A teraz…? Nawet Gaikotsu gdzieś wcięło. „To serio na mnie źle działa. Bardzo źle…” *** Azmaria stała przed lustrem, przyglądając się swojemu obliczu. Ubrana była w czarną sukienkę, przyozdobioną czerwienią, do tego założyła jeszcze rękawiczki, które zostawił jej Envy i inne części ubioru a’la homunculus. „Nie AŻ tak źle.” – pomyślała, wzdychając głośno. Nagle zgięła się wpół, czując okropny ból w okolicy brzucha. Rana zadana niedawno przez Pride’a dawała o sobie znać, co jakiś czas, za każdym razem coraz mocniej. Na nowej sukience pojawiła się widoczna plama czerwonej mazi. - A niech to wszystko szlag! komentarze [0] "No, to nadal jesteśmy parą, czy nie? " >> sobota, 12 kwietnia 2008 22:08:14 Ja tam nie wiem, czy wyszło, czy nie.” No, nieważne zresztą, dedykejszyn dla mojej kochanej siostry, Szejdi. :3 (Takiej siostry, to mi możecie tylko pozazdrościć! x3) Adelaide westchnęła głucho, stając przed drzwiami dzielącymi ją od gabinetu Peina. Po jej plecach przeszedł mroźny dreszcz, choć sama nie wiedziała czemu, w końcu spotkanie z nim nie mogło być aż tak złe. No cóż… mogło. Lucyfer położył rękę na chłodnym ramieniu czarnowłosej, chcąc dodać jej otuchy, prawie mu się udało, ale ktoś musiał to wszystko zepsuć. O kim mowa? Oczywiście o brązowowłosej Arielle, która była główną przyczyną całego zamieszania, znowu wszystko schrzaniła. - A ty co tu robisz? Znaczy, robicie – poprawiła się pod koniec, spoglądając na płomienno włosego, który szczerzył się niemiło, odpychająco. Czewonooka zacisnęła lekko pięści, słysząc przesłodzony głos tęczowo okiej. Demon zaklął pod nosem. - Aide, idziemy! – powiedział poważnie, łapiąc bladoskórą za rękę. Ta jednak nawet nie drgnęła. Obróciła się w stronę Arielle, przeszywając ją wręcz morderczym wzrokiem, ta zlękła się trochę, lecz mówiła dalej: - Myślałam, że Lider cię wywalił, za to co mi zrobiłaś – syknęła niemiło. - Zamknij się! – prychnęła Aide, podwijając rękawy. Spod jej skóry wyłoniło się jedno z wielu ostrzy, zostawiając po sobie dość niewielką, krwawiącą ranę. - Adelaide, nie! – jęknął czarnooki, nie mógł dopuścić by wydarzenia sprzed ostatnich dni powtórzyły się. Czarnowłosa słysząc głos swego przyjaciela opuściła powoli rękę, poruszyła wargami, tak jakby chciała coś powiedzieć, jednak żaden dźwięk nie wydostał się z jej krtani. W korytarzu zapała cisza, przerywana oddechami trójki obecnych. Ciszę zagłuszyło skrzypnięcie otwieranych drzwi, a zaraz za nimi pojawił się… Pein! - Pein! Weź jej coś powiedz! – pisnęła błagalnie Arielle, podbiegając do niego, niechcący, a może i specjalnie, potknęła się i upadła na niego, ręce oplatając wokół szyi. Adelaide syknęła głucho i wydobyła z ciała kolejny sztylet. Jej czerwone oko powoli przybierało żółtawy odcień. Ruszyła do ataku, a w tym samym momencie rudowłosy brutalnie odrzucił od siebie tęczowo oką, która upadła na ziemię z głuchym trzaskiem. Lucyfer momentalnie znalazł się przy żółtookiej, ręce oplatając wokół jej talii. - Uspokój się do cholery, dziewczyno! – krzyknął, a Aide zatrzymała się, jak na komendę. Jej oko znów stało się zwykłe, czerwone, wypuściła sztylety, które stykając się z ziemią wydały charakterystyczny dźwięk. Bladoskóra była zaledwie kilka centymetrów od Arielle, a brązowowłosą tyle samo centymetrów dzieliło od śmierci, zostałaby zamordowana, na pewno, gdyby nie czarnooki. Tęczowooka wzdrygnęła się mocno, ręce oplatając wokół brzucha. W jej oczach pojawiły się przeźroczyste łzy, załkała cicho, starając się wpierw tę reakcję zdusić. - Adelaide… - szepnął Pein, prawdopodobnie po raz pierwszy nie wiedząc co powiedzieć, podszedł powoli do dziewczyny, czekając na jej reakcję, Lucyfer skrzywił się lekko, puścił jednak przyjaciółkę i oddalił się w stronę ściany, opierając o nią. Aide nie sprzeciwiała się, stała w bezruchu, niczym doskonale wyrzeźbiony posąg. Czekała na to co zrobi Lider. Postanowiła, że pierwszego kroku nie zrobi, więc stała. - A ja to c-co?! – Arielle krzyknęła przez łzy, a na dodatek z pretensją w głosie. Demon znalazł się momentalnie przy niej i kopnął ją, praktycznie z całej siły. Przeturlała się po ziemi, a gdy zatrzymała się w połowie korytarza, zwinęła się w kłębek, plując krwią, która nagromadziła się w ustach. Na szczęście Aide zignorowała to kompletnie, wpatrując się wyczekującego w swojego, jak na razie byłego, chłopaka. Ku zdziwieniu wszystkich, może oprócz brązowowłosej która zwijała się na ziemi z bólu, Pein po prostu złapał Moreau za nadgarstek i pociągnął w stronę pokoju, drzwi zamykając z nienaturalnie głośnym trzaskiem. - Idioto, co ty wyprawiasz!? – krzyknął Lucyfer, jeszcze zanim drzwi domknęły się do końca. Zaczął przeklinać pod nosem, a jednak nadal stał pod ścianą, w gruncie rzeczy, Lider chciał po prostu pogadać z Aide w cztery oczy. *** Adelaide rozmawiała żwawo z Peinem, wszystkie nerwy i obawy… ulotniły się. Było już właściwie tak, jakby nic się nie wydarzyło, no prawie nic, bo Aide czuła… swoisty strach, przed Liderem. - Ale obiecaj, że ją wywalisz – mruknęła Aide, składając ręce na piersiach. - Nie mogę, wie zbyt wiele – zaczął rudowłosy, a czerwonooka zerknęła na niego z wyrzutem. – Ale obiecuję, że ją wykończę. - No, i to rozumiem – nie zabrzmiało to tak optymistycznie, jak miało zabrzmieć. W pokoju, czy też gabinecie, Peina zapadła cisza. - No, to nadal jesteśmy parą, czy nie? – powiedział Pein, a raczej rzucił od niechcenia. - Nie mam wyboru, prawda? – mruknęła, pół żartem, pół serio. - Dokładnie – rudowłosy uśmiechnął się, prawie niewidocznie. Znów zapadła cisza, lecz tym razem nikt jej nie przerwał. Aide siedziała wpatrując się Peina, chłopak zaś patrzył przed siebie, a jego wzrok sięgał daleko za mury organizacji… *** Słońce chyliło się ku zachodowi, a trójka przyjaciół siedziała na metalowej ławce w parku najbardziej ponurego miasta Japonii. - Myślisz, że to Adelaide serio tak tą Sakurę zmasakrowała…? – zapytał niepewnie Kiba, wzrok podnosząc na czerwonawe chmury, zakrywające różowe niebo. - Ja bym ją o to nie podejrzewał – mruknął smutno Kankuro. – To nie mogła być ona… - Dołączyła do Akatsuki, czyż nie? – wtrącił się bezwyrazowo Shikamaru. – Shikamaru wiecie, do czego oni są zdolni… - Ale nie Aide! – warknął brązowowłosy Kiełek, krzywiąc się z dezaprobatą. – Na pewno nie ona… nie, Kankuro? Przyjaciel nie odpowiedział, spuszczając lekko głowę. - Wy serio tak myślicie…? - szepnął Kiba z niedowierzaniem. Ponownie nie doczekał się odpowiedzi. Zamilkł więc. Akamaru zaskomlał cicho, wspominając pieszczoty ze strony czarnowłosej. Słońce zaszło za horyzont, jakby uciekając przed smutną atmosferą, która zagościła wśród chłopaków, którzy wspominali dawną przyjaciółkę, najlepszą przyjaciółkę. *** - Edo... no, powiedz co się z Az dzieje! - nalegała Martel z powagą. Chłopak skrzywił się mocno, opierając głowę o nadgarstek. - Mieliście nie pytać, do cholery! - syknął, zaciskając metalową dłoń. - Obiecaliście... - Ale my się martwimy. Nie tylko o nią, o ciebie też - wtrąciła się Rose, a Edo mruknął coś niezrozumiałego. - Właśnie - Martel poparła wypowiedź brązowowłosej. - Ty w depresje popadłeś, czy co? - Nie wasza sprawa - warknął alchemik, wstając nagle. Złapał za swój plecak i po prostu wyszedł ze stołówki, nie odnosząc nawet swojej tacy. Wszystko stało się takie skomplikowane i wnerwiające. "I pomyśleć, że to wszystko przez jedną dziewczynę!" komentarze [0] "Niech to się do cholery skończy!" >> piątek, 11 kwietnia 2008 23:32:35 Uah, przepraszam za błędy jeśli jakieś są, a pewnie są. ^^; No, nie będę pisać czy według mnei wyszło czy nie ,bo i tak zapewne wiecie co o tym sądzę. + Dedykacja dla mojej naaajukochańszej i najlepszej siostry na świecie, Szejdi! :3 ----- Powoli nadchodził czas rozstania sióstr, po raz kolejny zresztą. Adelaide doszła całkiem do siebie, jej psychika nie była już aż tak podłamana, miała nadzieję, że może bez wahania stanąć przed Peinem, co wcale nie było jeszcze takie pewne, właściwie… to wolała o tym wszystkim nie myśleć. Nie uśmiechała jej się też rozłąka z Azmarią, martwiła się o nią, nawet teraz. Białowłosa kłamała płynnie, jak zwykle, gdy chciała zataić pewne informacje, ale teraz… robiła to jakoś inaczej. Bez przekonania, ponuro, z trudem mogłaby kogoś nabrać, więc tym bardziej z czarnowłosą się jej nie powiodło. Chyba tylko Lucyfer był zadowolony, miał trochę dosyć obecności różno okiej, choć nie do końca, jak większość mężczyzn z otoczenia Aide… Az była po prostu zbyt chamska, wymagająca, a przy tym jeszcze dziecinna, mimo iż do osiemnastki brakowało jej niespełna dwóch lat. Ponad to Adelaide wydawała się szczęśliwa, lub przynajmniej trochę bardziej weselsza, co demona w pełni usatysfakcjonowało. - Az, ale obiecaj… zadbasz o siebie?– powiedziała Adelaide, pakując swoje starannie poukładane rzeczy do walizki. - Dobrze wiesz, że zadbam, zawsze mi się jakoś udawało– Azmaria wymusiła wyuczony przez siebie uśmiech. – No, ale obiecuję – rzekła bez większego entuzjazmu. - No, ja mam nadzieję! Ale bądź pewna, że niedługo sprawdzę jak tam u ciebie– zapewniła starsza z sióstr, podnosząc do góry jeden z palców, w akcie „groźby”. - Okej – mruknęła różno oka, a uśmiech zniknął z jej twarzy. - Ale nie będziesz sama…? – zapytała bladoskóra, wzdychając cicho. Przerwała na chwilę pakowanie. - Nie – Azmaria skłamała po raz kolejny, choć nie do końca, ma przecież swego Gaikotsu. - Dobra, wierze ci… - szepnęła czerwono oka, powracając do pakowania. Białowłosa pomogła jej, skracając przy tym chwile, które mogły spędzić razem. - Dobra… - czarnowłosa zapięła torbę. – To do zobaczenia, w najbliższym czasie – przytuliła delikatnie siostrę, a płomienno włosy westchnął ze zniecierpliwieniem. - Do zobaczenia – powiedziała Saito, wzrok przenosząc na Lucyfera. Posłała mu gniewne spojrzenie, znaczące tyle co „nie poganiaj nas”. „Jeśli dożyję…” – pomyślała alchemiczka, przymykając lekko oczy. Po kilku minutach, a może sekundach, trudno określić, Moreau wstała, łapiąc demona za rękę. Pomachała jeszcze siostrze… i rozpłynęła się, wraz ze swoim stróżem, zostawiając za sobą smugę szarego dymu. Przed chwilą bladoskóra była tak blisko, ale wydawała się też zupełnie inną osobą, obcą. To nie była już ta dawna Adelaide W pokoju zapadła nieprzenikniona cisza, nawet Gaikotsu jej nie zagłuszał, leżał grzecznie i nieruchomo, wpatrując się w właścicielkę. *** Ed leżał na łóżku, odpoczywając po ostatniej misji, którą na dodatek zawalił. Cóż na to poradzić? Nie umiał zabijać, a jeśli miałby coś takiego zrobić, to tylko dla jednej osoby, ale jej już nie było i najprawdopodobniej nie zamierzała wrócić. Blondyn nie umiał się już nawet uśmiechnąć, Azmaria zabrała ze sobą całe jego szczęście i kawałek serca. Spory kawałek. „Czy ja jestem serio AŻ tak beznadziejny…? Straciłem brata, rodziców i…” – nie mógł dokończyć tej wypowiedzi, to głupie, ale nawet jej imię przyprawiało go o ból, nie taki mocny, jakie wywierały wspomnienia, ale… Czy coś przeoczył? Coś zrobił źle? Jeśli tak… to co? - Jezu! – jęknął złotooki, zwijając się w kłębek. – Niech to się do cholery skończy! *** Adelaide znalazła się w swoim pokoju. Walizkę rzuciła w kąt i nagle… opuściły ją wszystkie siły i dobry humor. Nie była jeszcze gotowa na spotkanie z Pein’em, jeszcze nie. A na dodatek była tu ta irytująca idiotka, która oddziaływała na nią jeszcze gorzej niż Lider, prawdopodobnie. - Wszystko okej? – zapytał demon, widząc iż księżycowa cera dziewczyny stała się jeszcze bledsza. Czarnowłosa przytaknęła głową, lecz po chwili zmieniła zdanie i pokręciła nią przecząco. - Nie, nic nie jest okej – szepnęła bezwyrazowo, ręce ściskając w pięści. – Ja tu chyba zwariuję. - Chcesz jeszcze odpocząć? – zapytał płomienno włosy siadając obok dziewczyny, ale ta zaprzeczyła ponownie. - Odwlekanie tego wszystkiego nic nie da, nieprawdaż? – szepnęła bez wiary w własne słowa. Westchnęła głośno, opierając się o oparcie sofy. - A może jednak? – demon dociekał dalej, a może nawet zachęcał. - Nie – mruknęła czerwonooka zdecydowanie, miała swoje zdanie, którego trzymała się stanowczo. Bała się, lecz uciekać zamiaru nie miała. Odpoczywała już dosyć długo, to powinno wystarczyć. Zresztą, czym tu się przejmować? „Najwyżej stracę kontrolę nad sobą i zniknę, a cienie zawładną większością, jak nie całym światem. Peeeestka!” – pomyślała z ironią, krzywiąc się lekko. - Okej, skoro tak uważasz – Lucek wzruszył niepewnie ramionami. Nie podobała mu się ta decyzja, Aide chwilą zawahania mogła wszystko przypłacić nawet życiem, a na to stróż pozwolić nie mógł, za wszelką cenę. - Tooo… masz zamiar się z nim dziś spotkać? – zaczął cicho i ostrożnie płomienno włosy. Aide zaprzeczyła po raz trzeci. - Nie. Jeśli będzie chciał, to sam przyjdzie. - Pewna jesteś? - Oczywiście. - Dobra, ale raczej sobie trochę poczekasz… on przecież nie za bardzo chyba wie, że wróciłaś, nie? - Uwierz mi, wie. - Nie mówiłaś mu przecież. - „Pein wie wszystko.” - Peeewnie. - Ja tylko cytuję – Aide złożyła ręce na piersiach. - A kto jest autorem tych genialnych słów? – zapytał Lucyfer z nieukrywaną kpiną, na jego bladej, a raczej szarawej, twarzy pojawił się niewyraźny uśmiech, który bardziej przypominał grymas. - Lider – mruknęła czerwonooka. - Uau… nie spodziewałem się – szepnął sarkastycznie demon, przewracając oczami. - To on aż taki trudny do rozpracowanie? - Tak, dokładnie. Cholernie trudny – syknął z niechęcią czarnooki, po chwili zdając sobie sprawę, że jego wypowiedź była zbyt ostra. - Okej, sorry, troszeczkę mnie poniosło – machnął lekko ręką, siadając na parapecie. parapecie tym oto sposobem zakończył dialog. Aide rozmyślała nad tym, czy nie łatwiej by było po prostu pójść do Pein’a… postanowiła jednak poczekać. *** Ciepły wiosenny wiatr owiewał białe włosy Azmarii, które odbijały promienie, bijące od wysoko zawieszonego Słońca. Szła powoli, po ścieżce wyłożonej różnokolorowymi kamieniami różnej wielkości. Ozdabiały dróżkę, ale też utrudniały chodzenie, zwłaszcza takiej niezdarze, za jaką uważana była Az, natomiast Gaikotsu… no cóż, ten nie miał najmniejszych problemów. Po kilkunastu metrach nierównej drogi alchemiczka znalazła się przed swoim nowym, aczkolwiek tymczasowym, domkiem jednorodzinnym. Mieszkanie w hotelu było dość… niebezpieczne i całkiem kosztowne, choć to akurat problemu nie stanowiło, po prostu nie chciała zwracać na siebie uwagi, a homunkulusy mogły nieźle zdemolować pokoje hotelowe. - Chciałabym rozpocząć nowy rozdział mojego cholernego życia… ale nie umiem! – szepnęła do swego najwierniejszego, psiego przyjaciela i spuściła lekko głowę. Gaikotsu zaskomlał cicho, kuląc uszy, chciał jakoś pocieszyć właścicielkę, ale nie wiedział jak. Nagle wpadł na dość dobry pomysł, problem w tym, że nie mógł teraz zostawić swej pani. komentarze [0] |